Dyniowe babeczki z serkiem kremowym

9.6

Wobec dyni miałam mieszane uczucia. To właściwie pierwszy sezon w którym w ogóle zachciało mi się po nią sięgnąć. Nigdy specjalnie mi jej nie brakowało, nie potrafię przywołać nawet jednej potrawy z dynią, która przewinęłaby się przez nasz rodzinny stół. Ba, po spróbowaniu darowanej zupy kategorycznie stwierdziłam, że dynia absolutnie wstępu do mojej kuchni nie ma i mieć nie będzie. Ale wiecie, presja otoczenia… ;) Tak naprawdę zaintrygował mnie rokroczny wysyp przepisów, który świadczył albo o zbiorowej halucynacji że to coś może faktycznie być jadalne, albo o tym, że jednak warto spróbować się przełamać i coś upichcić. A że niejadków najłatwiej przekupić słodyczami, stanęło na opcji deserowej.

9.10

9.11

Totalny brak doświadczenia w dyniowej systematyce poskutkował rozpaczliwym przebieraniem w marketowych koszach między patisonami, kabaczkami, dyniami ozdobnymi i Bóg wie czym jeszcze. Chyba wszystkim, co z wyglądu nie przypominało tego, z czym dynie by mi się kojarzyły (tak, przyznaję się, lampion z buźką ;)). Parę takich nabytków zdobi właśnie parapet (a co!) i w formie cyfrowej skrzynki znajomych, do których zdesperowana zwracałam się po pomoc w kwestii „czy to da się zjeść?”. Egzemplarz idealny znalazł się po dwóch dniach podczas przypadkowej wizyty w sklepiku osiedlowym – klasyczny przykład tego, że najciemniej jest pod latarnią. Przepis miałam już przygotowany, pozostało brać się do roboty :)

9.1

A zatem zapraszam dziś na pyszne babeczki dyniowe o wilgotnym, sycącym cieście z wyraźną nutą aromatycznych przypraw korzennych, udekorowane kremowo-maślaną masą o oryginalnym, znanym z Red Velvet Doroty smaku. Przepis na ciasto pochodzi od Tartelette, a efekt poskutkował zlikwidowaniem u mnie jednostki chorobowej zwanej dyniofobią :)

9.59.8

Uprzedzam zawczasu: będziemy potrzebować purée z dyni. Aby je przygotować, należy usunąć ze środka pestki i włókna tak, aby pozostał sam miąższ. Dynię można podzielić na mniejsze kawałki, ułożyć na folii aluminiowej skórą do góry i piec do miękkości w 200°C przez 40-60 minut (w zależności od wielkości kawałków). Upieczony miąższ bardzo łatwo oddzielić od skórki łyżką, trzeba go jeszcze odsączyć z wody i zmiksować na gładko blenderem. Gotowe purée można przechowywać w lodówce do tygodnia lub zamrozić.

9.2

Ciasto na 15 babeczek:
(piekłam je w niższych niż zwykle papilotkach)

✔ 85g miękkiego masła
✔ 175g cukru
✔ 2 jajka
✔ 215g purée z dyni
✔ 100ml mleka
✔ 140g mąki pszennej
✔ 1/2 łyżeczki cynamonu
✔ 1/4 łyżeczki imbiru
✔ szczypta gałki muszkatołowej
✔ 1 łyżeczka proszku do pieczenia
✔ 1/2 łyżeczki sody oczyszczonej
✔ 1 łyżeczka ekstraktu z wanilii
✔ szczypta soli

Przygotowujemy trzy miseczki. W największej z nich ucieramy masło z cukrem na gładką masę. Dodajemy po jednym jajku, po każdym miksując do połączenia składników. Do purée dolewamy mleko, dodajemy ekstrakt z wanilii. W osobnej misce mieszamy wszystkie pozostałe sypkie produkty – mąkę, przyprawy, proszek do pieczenia oraz sodę. Do maślanej masy dodajemy naprzemiennie małe porcje mieszanki dyni z mlekiem oraz suchych składników, miksujemy do uzyskania jednolitej konsystencji.

Papilotki napełniamy masą do około 2/3 ich wysokości. Pieczemy w 175°C przez 20-30 minut. Babeczki z wierzchu pozostaną nieco lepkie i wilgotne, nie oceniajmy ich gotowości na oko, ale metodą suchego patyczka. Upieczone należy od razu wyjąć z piekarnika i zostawić do całkowitego ostudzenia przed przystąpieniem do dalszej pracy.

9.3

9.4

Krem:

✔ 300g serka Philadelphia
✔ 100g miękkiego masła
✔ 200g cukru pudru
✔ 1 łyżeczka ekstraktu z wanilii

✔ drobinki cukru kandyz do posypania

Wszystkie składniki miksujemy na gładką masę, przekładamy do rękawa cukierniczego i pozostawiamy na jakiś czas do schłodzenia w lodówce. Udekorowane kremem babeczki posypujemy drobinkami kruszonego cukru typu kandyz. Zajadamy, chrupiemy, chwalimy dynię :)

9.7

9.9

Smacznego!

9.13

9.12

Płonący tort chałwowy

Obiecałam ostatnio, że będzie bardzo, wręcz obłędnie słodko. A to za sprawą pysznego tortu na kakaowym biszkopcie, przekładanego masą chałwową i pokrytego grubą warstwą bezy szwajcarskiej. Szykujcie kubki smakowe i… palniki :)

8.5

Taka bezowa dekoracja chodziła za mną od jakiegoś czasu, trzeba było tylko dobrać coś do środka. Trafiła się idealna okazja – urodziny Taty. A co Tata lubi najbardziej? Chałwę! Raz nawet przez swój przysmak wpakował się w lekko stresową sytuację.

Otóż parę lat temu, kiedy to mój Dawca Genów uświadomił sobie, że jest już bliżej niż dalej zmiany kodu z przodu z 4 na 5, postanowił wybrać się na badania kontrolne. Lekarzy dotąd unikał dość skutecznie, a że trzymał się w dobrej formie i nic mu specjalnie nie doskwierało, kompletnie nie był na bieżąco ze swoimi wynikami. I może lepiej gdyby tak zostało, bo omal nie wylądował w szpitalu z kosmicznym cholesterolem. Całe szczęście najpierw kazano mu powtórzyć badanie po paru dniach, a potem jakiś przytomny człowiek spytał go, co jadł wieczorem przed pobraniem krwi. No jak to co? Chałwę. I to nie niepozorny batonik wyłowiony w markecie przy kasie, tylko dobre pół opakowania normalnej, paczkowanej chałwy… Wybór wypieku dla kogoś takiego był oczywisty.

8.38.8

Tort jest wynikową przepisów na biszkopt z Kwestii Smaku, przełożenie z Moich Wypieków i podpatrzonej na pinterestowych zdjęciach bezy (link do instruktażu znajdziecie w przepisie). Do dzieła!

8.7

Biszkopt na trzy blaty:

✔ 7 jajek
✔ 220g cukru
✔ 85g kakao
✔ 115g mąki pszennej

Rozgrzewamy piekarnik do 170°C, przygotowujemy tortownicę o średnicy 26 centymetrów, wykładamy na dnie krążkiem papieru do pieczenia – boki zostawiamy suche i niczym nie osłonięte.

Oddzielone od żółtek białka ubijamy na niskiej mocy miksera przez około 2 minuty – do spienienia. Stopniowo zwiększając obroty zaczynamy dodawać małymi porcjami cukier, miksujemy przez kilka minut aż białka staną się bardzo gęste i błyszczące. Do masy dodajemy po jednym żółtku, po każdym miksując do dokładnego połączenia.

Przesiane razem kakao oraz mąkę dodajemy do ubitych jaj w trzech porcjach. Po wsypaniu każdej z nich delikatnie mieszamy masę szpatułką tak, aby piana nie opadła. Kiedy nie będzie już widać grudek, przelewamy ciasto do formy, wyrównujemy i pieczemy 35-40 minut sprawdzając gotowość do wyjęcia patyczkiem. Jeśli wychodzi z biszkoptu suchy, możemy wyjąć tortownicę i – uwaga! – rzucić nią o blat. Takie potraktowanie biszkoptu ma uwolnić pęcherzyki powietrza i zapobiec opadnięciu ciasta. Jako że posiadam tortownicę ze szklanym dnem, trochę się obawiałam uderzenia o blat, dlatego rzuciłam ją po prostu na przykryte kocem łóżko. Nie skłamię jeśli powiem, że na chwilę świat stanął, biszkopt bowiem postanowił wyskoczyć z tortownicy i w zwolnionym tempie na moich przerażonych oczach wpaść z powrotem. Wcelował dobrze, katastrofy nie było. Uff. Pozostało tylko zostawić go do ostygnięcia i rozkroić na trzy blaty.

Masa chałwowa:

✔ 2 wyparzone jajka
✔ 125g masła w temperaturze pokojowej
✔ 125g margaryny w temperaturze pokojowej
✔ 140g drobnego cukru (można mniej, masa jest szalenie słodka)
✔ 350g dowolnej chałwy
✔ 2 łyżki likieru kawowego

✔ 2 duże łyżki konfitury wiśniowej
✔ łyżka kakao

Jajka koniecznie musimy najpierw dokładnie wyszorować i wyparzyć, czyli po prostu zanurzyć je w szklance wrzątku na jakieś 10 sekund. Tak przygotowane wbijamy do miseczki, która nadaje się do użycia w kąpieli wodnej. Dodajemy cukier i zaczynamy na wysokich obrotach miksować je nad gotującą się wodą. Wrzątek nie powinien dotykać dna naczynia, w którym są jajka z cukrem. Kiedy masa stanie się puszysta, gęsta i znacznie zwiększy swoją objętość, odstawiamy ją do ostudzenia do większej miski wypełnionej zimną wodą.

Ostygłą masę dodajemy porcjami do masła i margaryny. Cały czas miksujemy, na sam koniec dodajemy likier i posiekaną chałwę. Mieszamy całość szpatułką i odstawiamy do lodówki do stężenia.

W tym czasie rozpuszczamy w małym rondelku konfiturę wiśniową, wsypujemy do niej łyżkę kakao i dokładnie mieszamy.

Dwa pierwsze blaty tortu skrapiamy konfiturą, smarujemy  po równo masą. Nakrywamy trzecim blatem. Pod brzegi ciasta podkładamy papier do pieczenia, który zapobiegnie wybrudzeniu tortownicy przy ozdabianiu go bezą.

Beza szwajcarska:

✔ 4 duże białka
✔ 200g cukru
✔ 1/2 łyżeczki ekstraktu z wanilii

W kąpieli wodnej przez kilka minut mieszamy białka z cukrem i ekstraktem pilnując, aby cukier nie osadzał się na brzegach miski i całkowicie się rozpuścił. Kiedy to nastąpi, zdejmujemy miskę z garnka z wodą i ubijamy białka przez około 8 minut, aż osiągną temperaturę pokojową i staną się bardzo gęste i błyszczące. Smarujemy tort większością piany, po czym zanurzamy w pozostałej części palce i staramy się tak – wybaczcie słowo, nic mi nie przychodzi do głowy – dziabać tort, żeby z ciągnących się białek powstały kolce. Kiedy efekt będzie zadowalający, wyjmujemy ostrożnie spod tortu papier, uzupełniamy ubytki i chwytamy za palnik by przypiec bezę z wierzchu. Nie martwcie się, jeśli kolce będą zajmować się ogniem – to część zabawy :) Jak mniej więcej ma wyglądać cały proces zobaczycie tutaj. Ubaw gwarantowany :) Podajemy, zbieramy ochy i achy. Gotowe.

Smacznego!

 8.2

8.1

8.48.6

Wyzwanie i ze światłem dziennym potyczki

Dziś będzie nietypowo, bez przepisu. A wszystko przez Monikę, która po publikacji zdjęć miętowych babeczek napisała:

„Czy Szanowna Pani może zacząć fotografować np. tuńczyka z wody z pomidorami albo twaróg chudy z rzodkiewką? To by było wyzwanie i do tego znacznie zmniejszyłabyś ryzyko, że jak Cię spotkam to będzie lanie za znęcanie się nad niewinnymi głodnymi ludźmi ;)”

Do kompletu na mojej facebookowej tablicy Monia przypięła „przecudnej” urody zdjęcie nieokreślonej barwy tuńczyka utopionego w mętnym płynie. Chyba nie muszę tłumaczyć, czemu się tu nie znalazło, liczę na Waszą wyobraźnię ;)

7.10

O dziwo tym mało apetycznym akcentem Monika skłoniła mnie do czegoś, co miałam już dawno w planach, ale zabierałam się do tego jak do jeża. Zdjęcia w świetle dziennym. Tak się złożyło, że dotąd miałam możliwość korzystania z dobrodziejstw lampy z softboxem i bez takiego wyposażenia nie zabierałam się nawet do roboty będąc przekonana, że w miejscu w którym mogę zaaranżować sceny do zdjęć w życiu nie złapię wystarczająco dużo światła. Przeglądałam więc w cichym zachwycie książkę i bloga Tartelette i wzdychałam tęsknie do robionych na ciemnych tłach zdjęć Lindy z Call Me Cupcake. No bo jak z lampą uzyskać domowy, rustykalny klimat z miękkimi cieniami, skorodowanymi blachami i czarnymi deskami? Właśnie. Kciuki w dół.

7.2

Okazało się że nie taki diabeł straszny i ze światłem dziennym da się bardzo przyjemnie pracować. Lampę z softboxem zastąpiły cienka zasłona i biało-srebrna blenda, pojawił się tylko jeden mankament w postaci statywu. Nie przepadam, bo przy każdej zmianie koncepcji szarpię się z nóżkami albo nabijam na uchwyty, ale coś za coś, pstrykanie z drabiny też da się ogarnąć ;) W każdym razie absolutnie zakochałam się w plastyce i delikatności naturalnego oświetlenia. Do tego te szczegóły, każde załamanie powierzchni wydobyte na własny sposób – bajka!

7.37.5

Nie wiedziałam co z tego wyjdzie, wyzwanie Moniki było więc idealne, jako że nie wymagało długich przygotowań których efekty mogłyby nie zostać zbyt dobrze udokumentowane. Poza tym przyznaję się bez bicia, że miałam niezły ubaw na samą myśl o wysłaniu odpowiedzi na ten przecież nie zobowiązujący do niczego żarcik o paskudnym tuńczyku. Jest więc i rybka z pomidorami, i ser z rzodkiewką. Challenge accepted, mission accomplished :) A co najważniejsze – nowe możliwości, nowe umiejętności, nowa jakość. Wszystkich cierpiących na nadmiar cukru we krwi po ostatnich wpisach zapraszam do przejrzenia kilku zdjęć. Następnym razem będzie słodko. Bardzo, ale to bardzo słodko…

7.1

7.11

7.47.6

7.7

7.8

7.9

7.127.13

Podwójnie czekoladowe babeczki miętowe

6.7

Pierwsze podejście do tych babeczek nie skończyło się dobrze. Miałam słaby dzień i trochę za dużo na głowie, więc od samego początku wszystko co tylko mogło pójść nie tak, po kolei odhaczało się z Czarnej Listy Pecha Absolutnego. Ciasto wyszło za suche, w nadzieniu zrobiły się grudki (nigdy więcej przypadkowych czekolad!), a kremówka strzeliła focha i kategorycznie odmówiła trzymania formy. Ja załamana i zła, rodzina zachwycona, bo choć raz udało się przeprowadzić konsumpcję bez czekania „aż Aga wreszcie zrobi zdjęcia” (choć do wyrywania solenizantom tortów po odkrojeniu pierwszego kawałka chyba już przywykli…). Całe szczęście cała partia w miarę szybko zniknęła i zamiast patrzeć na te małe potworności (czasem brakuje mi w języku polskim fikuśnych słów, tu idealnie pasuje zasłyszane w jednym programie urocze monstrosity), mogłam się wziąć za szukanie lepszych przepisów. Właściwie to cud, że podejście drugie miało miejsce, bo jako rasowy Skorpion zamiast się smucić, wywołuję Piekło na Ziemi, a przy odrobinie szczęścia świadkowie mogą się załapać na darmowy pokaz działania grawitacji na sprzęty kuchenne i pochichotać słuchając jak próbuję kląć bez użycia przekleństw (ale dyskretnie, bo wiecie: Piekło na Ziemi i te sprawy, tak tylko przypominam). No ale trzeba było wziąć parę wdechów i znaleźć lepsze zastosowanie dla pudełka After Eight, niż pochłonięcie ich dla samego jedzenia czekoladek, prawda? ;)

Skorzystałam z nieco zmodyfikowanego przepisu Nigelli na babeczki espresso („Jak być domową boginią”, str. 198; strzał w dziesiątkę – wyszły pyszne, ciężkawe i na pewno nie suche jak poprzednie), przepisu na polewę do murzynka od Doroty i mniej więcej pożyczonych od Viridianki proporcji na krem.

A zatem do rzeczy – After Eight! Mięta i czekolada, absolutny klasyk wieczorową porą. W wersji leciutko alkoholowej dla chętnych, lub z syropem miętowym dla tych, którym z procentami nie po drodze.

6.86.2

6.1

 Ciasto na 12 babeczek:

✔ 125g miękkiego masła
✔ 125g ciemnego cukru muscovado
✔ 2 jajka
✔ 125g mąki pszennej
✔ 1 łyżeczka proszku do pieczenia
✔ 2 łyżki kakao
✔ 50g mlecznej czekolady
✔ 2 łyżki mleka

Piekarnik rozgrzewamy do 200°C, przebieramy witkami z niecierpliwości, bo przepis jest błyskawiczny, a babeczki będą się piec tylko 15-20 minut.

W kąpieli wodnej roztapiamy mleczną czekoladę. Ucieramy masło z cukrem, dodajemy po jednym jajku po każdym miksując mieszankę. Dosypujemy mąkę, proszek do pieczenia i kakao, miksujemy na gładko. Na samym końcu dodajemy jeszcze płynną czekoladę i mleko. Pieczemy babeczki do suchego patyczka, od razu wyjmujemy z piekarnika i studzimy na kratce. Było błyskawicznie? :)

Nadzienie:

✔ 2 łyżki masła
✔ 4 łyżki cukru
✔ 3 łyżki kakao
✔ 5 łyżek śmietanki kremówki 36%

Roztapiamy masło, dodajemy pozostałe składniki i mieszamy do dokładnego połączenia. Chwilę podgrzewamy na małym ogniu. Kiedy nadzienie będzie stygło, wycinamy w babeczkach niewielkie zagłębienia – świetnie w tym celu sprawdza się drylownica do jabłek. Z papieru do pieczenia robimy rożek (albo używamy szprycy, w każdym razie rękaw cukierniczy moim zdaniem odpada – za dużo by się zmarnowało) i wyciskamy polewę do wyciętych otworków.

Krem:

✔ 150ml śmietanki kremówki 36%
✔ 250g mascarpone
✔ 1 łyżka cukru pudru
✔ 3 łyżki likieru lub syropu miętowego
✔ siekane listki mięty
✔ zielony barwnik spożywczy

✔ 6 czekoladek After Eight
✔ całe listki mięty

Siekamy bardzo drobno małą garść listków mięty, czekoladki kroimy po skosie na pół. Bardzo zimną śmietankę (można ją wcześniej schłodzić 15 minut w zamrażalniku) ubijamy zaczynając od niskich obrotów miksera, po pewnym czasie zwiększając je do maksimum. Dodajemy mascarpone i cukier puder, miksujemy na małych obrotach do połączenia. Masę dzielimy na dwie części, do jednej wsypujemy tylko siekane liście mięty, do drugiej dodajemy likier/syrop i odrobinę barwnika.

Teraz zaczyna się fajna część, czyli wyciskanie dwóch kolorów na raz :) Chyba najszybciej będzie, jak podzielę się z Wami tutorialem (o wielki Pintereście!), o tu! Przygotowujemy dwa arkusze folii spożywczej, na każdy z nich wykładamy w miarę wąską strużką porcję kremu. Zawijamy i skręcamy ciasno końce, jak w cukierku. Wkładamy oba pakunki do rękawa cukierniczego i przeciągamy przez tylkę końce folii. Jeśli tak jak ja zrobiliście za szerokie woreczki z masą i chwilę szarpaliście się z rękawem, włóżcie go na kilka minut do lodówki lub zamrażalnika – o wiele lepiej pracuje się na naprawdę mocno schłodzonym kremie. Gotowi? Obcinamy wystające z tylki końce i wyciskamy, wyciskamy, wyciskamy… Dekorujemy połówką czekoladki i listkiem mięty.

6.4

6.36.5

Smacznego!

6.9

6.6