Wesołych Świąt!

Merry Christmas!

Drodzy Zwiedzający :)

Pragnę Wam życzyć Wesołych Świąt, niech upłyną Wam pod znakiem odpoczynku, rozluźnienia i beztroski, niech będą smaczne, zdrowe i pełne radości. Naładujcie wyczerpane akumulatory, nadróbcie zaległości z najbliższymi. Ale przede wszystkim bawcie się dobrze i wykorzystajcie ten czas tak, jak lubicie najbardziej!

„Wesołych Świąt!”

Pin on Pinterest13Share on Facebook0Email this to someoneTweet about this on TwitterShare on Tumblr0Share on Google+0

Konkursy, książki…oj, dzieje się!

Life is sweet - the book!

Tym razem będzie bez przepisu, ale mam nadzieję, że mi wybaczycie. Szczególnie, że chciałam podzielić się z Wami wiadomością o przyjściu na świat nie tylko królewskiego potomka (chłopiec?! oh come on!), ale i mojego własnego papierowego dzidziusia :) Oficjalnie zatrzepotał kartkami już na początku lipca, ale oczywiście nie byłabym sobą gdybym zdążyła z radosną nowiną na czas. Nie wiem jak większość ludzkości radzi sobie z 24-godzinną dobą, moja powinna rozciągnąć się przynajmniej o połowę, a i tak pewnie nadal nie wyrobiłabym się na basen (no bo przecież z którychś innych zajęć by trzeba było zrezygnować, a każde potrzebne – jak nie na formę, to na dobry humor) i nie dała rady przebrnąć przez tony zaległych zdjęć (jak to się dzieje, że wybieranie trwa dłużej niż przygotowywanie?).

Life is sweet - the book!

Garść konkretów. Jak pewnie część z Was zdążyła zauważyć na facebooku, od dłuższego czasu współpracuję z marką Cukier Królewski wspomagając jej dział z przepisami i fanpage Życie jest słodkie. Zdarzało się, że nasza współpraca delikatnie wykraczała poza cykliczne przepisy, ale otrzymany wczesną zimą mail sprawił, że spadłam z fotela, wystawiłam na buzi największy zaciesz w historii ludzkości, po raz kolejny spadłam z fotela, po czym wpadłam w panikę czy podołam. Wszystko powtórzyłam jeszcze kilka razy w tej i innej kolejności, generalnie było mi miło i straszno zarazem. Mail dotyczył przygotowania zdjęć i przepisów do książki wydanej pod szyldem marki, mającej funkcjonować jako nagroda w serii konkursów. Jeśli ktoś teraz kręci nosem „no tak, ale ten blog ma dopiero rok, a już książka…?”, biegnę do niego z tacą ciasteczek i wyjaśnieniem. Jak kilka razy wspominałam, fotografia jest u mnie na pierwszym miejscu. Blog jest jednym z kanałów, którymi mogę podzielić się swoją pasją i umiejętnościami, a że ciężko znaleźć kogoś, kto przygotuje mi modeli do zdjęć lub co gorsza wykaże się cierpliwością, wysłucha i zrealizuje moje pomysły na desery i ich wygląd, musiałam sama przywdziać rękawicę kuchenną i stanąć do walki z mikserem (bo nieelegancko się przyznać, że po prostu jestem strasznym łakomczuchem). Jeśli w przyszłości za sprawą tego mojego internetowego kącika pojawi się ktoś, komu siedzą w głowie nieziemskie połączenia smaków, ale niekoniecznie lubi się z obiektywem – spełni się mój cel i pomysł na odbicie w inną ścieżkę zawodową, która nie przewiduje odgniatania się parę godzin dziennie na niewygodnym fotelu pod oślepiającą jarzeniówką. I absolutnie nie potrzebuję swojego nazwiska na grzbiecie – chcę fotografować, uwieczniać i degustować ;) Grzechem by było z takiej szansy nie skorzystać.

Life is sweet - the book!Life is sweet - the book!

Książka powstała przy udziale wspaniałej ekipy z agencji Opcom, jeśli mogę pozwolić sobie w tym miejscu na odrobinę prywaty, chciałabym podziękować paru osobom, z którymi wymieniłam tony korespondencji lub miałam bezpośredni kontakt przy pracy. Joli – wszechogarniającej PMce o wielkim serduchu i równie wielkiej sile perswazji, Pawłowi – grafikowi, który nie dość że praktycznie nie miał żadnych uwag, stworzył estetyczne cudeńko pełne smaczków, Adze – współburzomózgowcowi m.in. lawirującemu między moimi mailami z poprawkami „bo chyba trzeci raz zmienię spód”, oraz ogrrromnie Jackowi, któremu w życiu nie zapomnę niespotykanie honorowego zachowania w dniu stresującej, studyjnej sesji (naprawdę, kto by jechał o świcie rozstawiać oświetlenie obcej osobie mając na głowie kryzysową sytuację?) i życzę samych sukcesów na pionowych, skalistych szlakach :) Bonusowe, wielkie thank you wędruje do Asi z Cioccolato Gatto, która bez wahania użyczyła mi nietypowej foremki do tarty czekoladowej z masłem orzechowym (pamiętajcie, jak zobaczycie w TK Maxx za 24zł foremkę wartą ok. 70zł, nie machajcie nonszalancko ręką wspominając zalegające w domu przepełnione akcesoriami pudła). Dzięki dla wszystkich, którzy brali udział w przygotowaniu „Życie jest słodkie” i aplikacji.

O aplikacji za chwilę, na razie konkretów tura druga. Jak już mówiłam, książka stanowi jedną z nagród w promocji, o której możecie poczytać na stronie Kuchnia pełna nagród. Aby samotny egzemplarz mógł bezpiecznie skryć się w kopercie zaadresowanej na Wasz adres, musicie korzystając z hasła znajdującego się na promocyjnym opakowaniu Cukru Królewskiego zarejestrować się na stronie jak najbliżej pełnej godziny. A zatem od poniedziałku do piątku w godzinach 8:oo – 19:oo miejcie hasła i słuchawkę z buzującą emocjami Panią Zegarynką na podorędziu. Ostatnio warto było też obserwować Życie jest słodkie, a nuż coś się jeszcze trafi :)

Life is sweet - the book!

Na książkę składają się cztery smakowite działy – Przetwory i nalewki, Drinki, Wypieki i Dekoracje. W sumie 24 przepisy, każdy zobrazowany zdjęciem na całą stronę (yay me!). Co więcej, na okładce znajdziecie kod, który posiadaczy urządzeń mobilnych z systemem Android lub iOS poprowadzi do darmowej aplikacji współgrającej z książką. Osiem wybranych przepisów doczekało się rozszerzonych wersji – dodatkowe zdjęcia z przygotowań znajdziecie wyłącznie skanując strony z fotografiami danych deserów. Możecie też przy jej pomocy ułożyć listę zakupów. Prawda, że cudnie? No ba! Jak tylko dostałam swój egzemplarz do ręki, skanowałam, skanowałam i skanowałam ;) I głaskałam. I biłam po łapach, jak ktoś przed obejrzeniem nie umył rąk, ha!

Koniec paplania, bo bym nigdy nie wstała od komputera, tyle mam wspomnień związanych z każdym przepisem :) I spadający sernik, i tartę robioną trzy razy żeby Wam życia nie utrudniać, i ciasteczka przygotowywane na paluszkach o 1. w nocy… Strasznie fajne i kształcące doświadczenie. Powodzenia tym, którzy spróbują swoich sił w konkursach :)

Buziaki!

Life is sweet - the book!

Life is sweet - the book!Life is sweet - the book!

Life is sweet - the book!Life is sweet - the book!

Pin on Pinterest2Share on Facebook0Email this to someoneTweet about this on TwitterShare on Tumblr0Share on Google+0

Wyzwanie i ze światłem dziennym potyczki

Dziś będzie nietypowo, bez przepisu. A wszystko przez Monikę, która po publikacji zdjęć miętowych babeczek napisała:

„Czy Szanowna Pani może zacząć fotografować np. tuńczyka z wody z pomidorami albo twaróg chudy z rzodkiewką? To by było wyzwanie i do tego znacznie zmniejszyłabyś ryzyko, że jak Cię spotkam to będzie lanie za znęcanie się nad niewinnymi głodnymi ludźmi ;)”

Do kompletu na mojej facebookowej tablicy Monia przypięła „przecudnej” urody zdjęcie nieokreślonej barwy tuńczyka utopionego w mętnym płynie. Chyba nie muszę tłumaczyć, czemu się tu nie znalazło, liczę na Waszą wyobraźnię ;)

7.10

O dziwo tym mało apetycznym akcentem Monika skłoniła mnie do czegoś, co miałam już dawno w planach, ale zabierałam się do tego jak do jeża. Zdjęcia w świetle dziennym. Tak się złożyło, że dotąd miałam możliwość korzystania z dobrodziejstw lampy z softboxem i bez takiego wyposażenia nie zabierałam się nawet do roboty będąc przekonana, że w miejscu w którym mogę zaaranżować sceny do zdjęć w życiu nie złapię wystarczająco dużo światła. Przeglądałam więc w cichym zachwycie książkę i bloga Tartelette i wzdychałam tęsknie do robionych na ciemnych tłach zdjęć Lindy z Call Me Cupcake. No bo jak z lampą uzyskać domowy, rustykalny klimat z miękkimi cieniami, skorodowanymi blachami i czarnymi deskami? Właśnie. Kciuki w dół.

7.2

Okazało się że nie taki diabeł straszny i ze światłem dziennym da się bardzo przyjemnie pracować. Lampę z softboxem zastąpiły cienka zasłona i biało-srebrna blenda, pojawił się tylko jeden mankament w postaci statywu. Nie przepadam, bo przy każdej zmianie koncepcji szarpię się z nóżkami albo nabijam na uchwyty, ale coś za coś, pstrykanie z drabiny też da się ogarnąć ;) W każdym razie absolutnie zakochałam się w plastyce i delikatności naturalnego oświetlenia. Do tego te szczegóły, każde załamanie powierzchni wydobyte na własny sposób – bajka!

7.37.5

Nie wiedziałam co z tego wyjdzie, wyzwanie Moniki było więc idealne, jako że nie wymagało długich przygotowań których efekty mogłyby nie zostać zbyt dobrze udokumentowane. Poza tym przyznaję się bez bicia, że miałam niezły ubaw na samą myśl o wysłaniu odpowiedzi na ten przecież nie zobowiązujący do niczego żarcik o paskudnym tuńczyku. Jest więc i rybka z pomidorami, i ser z rzodkiewką. Challenge accepted, mission accomplished :) A co najważniejsze – nowe możliwości, nowe umiejętności, nowa jakość. Wszystkich cierpiących na nadmiar cukru we krwi po ostatnich wpisach zapraszam do przejrzenia kilku zdjęć. Następnym razem będzie słodko. Bardzo, ale to bardzo słodko…

7.1

7.11

7.47.6

7.7

7.8

7.9

7.127.13

Pin on Pinterest5Share on Facebook0Email this to someoneTweet about this on TwitterShare on Tumblr0Share on Google+0

Nominacja Versatile Blogger Award

Ależ niespodzianka! Blog na razie łapie jeszcze pierwszy, głębszy oddech, a już został zauważony przez Matkę Wariatkę :) Jest mi niezmiernie miło, szczególnie że blog Moniki już od pewnego czasu siedzi w moich zakładkach i jest nieodłącznym elementem porannej prasówki.

„Twój blog został nominowany przeze mnie za fajną treść, zdjęcia i inspiracje :)”

Właśnie wykonuję podskok tryumfalny :) Okazuje się, że po blogosferze krąży bardzo miły łańcuszek, który w przeciwieństwie do tych negatywnie rozumianych spod znaku „wyślij do 10 osób, albo kotek sąsiada zginie” naprawdę wywołuje uśmiech. Jak każda zabawa, Versatile Blogger Award ma swoje zasady. Należy:

✔ nominować 15 blogów do wyróżnienia
✔ poinformować wybranych przez siebie Blogerów o wyróżnieniu
✔ wyłonić o sobie 7 faktów (o rany!)
✔ podziękować Blogerowi, który Cię nominował u Niego na blogu
✔ zawiesić nagrodę na swoim blogu.

Nominacje w porządku alfabetycznym, jako że Matka już cieszy się swoją nie będę powielać, wystarczająco ciężko było wyselekcjonować poniższe :)

✔ 52 tygodnie w kuchni
✔ Around the Kitchen Table
✔ Bayaderka
✔ Cioccolato Gatto
✔ Every Cake You Bake
✔ Facet z Nożem
Gotuje Bo Lubi
✔ Kuchnia Pełna Smaków
✔ Kwestia Smaku
✔ Love Affair on a Plate
✔ Moje Ptysie Malinowe
✔ Moje Wypieki
Słodkie Fantazje
✔ White Plate
✔ Wonderland

Teraz trudniejsze zadanie, fakty z życia, wybieram niekoniecznie oczywiste:

✔ od 10 lat żyję z kolekcjonerem sów, dla którego w liceum z sali biologicznej zwinęłam plakat z puchaczem (przepraszam!)
✔ od 15 lat wielbię Nine Inch Nails i nie byłoby w tym nic dziwnego, gdyby fascynacja nie zaczęła się rok czy dwa po manii absolutnej na Spice Girls (Girl Power!)
✔ do 18. roku życia panicznie bałam się psów, teraz mam w domu dwa sierściuchy, za którymi tęsknię po nawet dwóch dniach rozłąki
✔ jeśli o strachu mowa, równie mocno jak pająków, boję się… ślimaków
✔ mimo że potwornie wstydzę się tańczyć, nie wyobrażam sobie już życia bez Zumby
✔ mam wybitnie abstrakcyjne sny, a mimo to po przebudzeniu biorę je za rzeczywistość
✔ nie znoszę klasycznego piwa ;)

To by było na tyle. A jutro z samego rana obiecany na facebooku tort, zaopatrzcie się w koszyczek malin :)

Pin on Pinterest0Share on Facebook0Email this to someoneTweet about this on TwitterShare on Tumblr0Share on Google+0

Dzień dobry, ale o co chodzi?

„Witaj świecie!” sugeruje WordPress, i w sumie dobrze, bo kompletnie nie wiem od czego zacząć.

Po pierwsze i najważniejsze: absolutnie nie będzie to blog kulinarny w pełnym tego słowa znaczeniu. Do gotowania mam niestety dwa razy więcej lewych rąk niż przeciętny dzierżyciel kuchennych utensyliów, o podziwianych przeze mnie Alchemiczkach (bo póki co po prawej stronie bloga królują same Panie, zobaczymy co będzie w przyszłości :) ) już nawet nie wspominając. Przepisy w znakomitej większości będą opatrzone linkami do Źródeł znacznie mądrzejszych i bieglejszych w sztuce kulinarnej ode mnie. Jeśli pojawi się chociaż prosta modyfikacja przepisu, to znak, że właśnie otwiera się u mnie w domu szampana ;)

„To o co właściwie chodzi?”

Ano, chodzi o fotografię. I to nie byle jaką, bo w założeniu powodującą niekontrolowany ślinotok, lub chociażby delikatny, radosny podskok żołądka.

Jedzenie nie kaprysi, pozuje wdzięcznie i w większości przypadków cierpliwie. Odpowiednia oprawa, światło i voilà!: kubki smakowe buszujących po blogach, Pintereście, biedaków umęczonych dietą lub po prostu kulinarnych koneserów mogą zacząć swobodnie szaleć.

Dopóki z dnia na dzień nie usunęłam z jadłospisu wszystkiego co słodkie lub kojarzące się z błogim poklepywaniem się po pełnym brzuszku, odróżniałam co najwyżej muffina od cupcake’a. Nawet nie pamiętam jak to się stało, że w czasie kiedy na talerzu lądowało smętne jajko w towarzystwie jeszcze smutniejszego tuńczyka w sosie własnym, trafiłam na doskonale znane polskim foodies Moje Wypieki Doroty. I w tym miejscu, niecałe 19 miesięcy i 23kg temu, pojawia się ten mityczny grom z jasnego nieba. Klikam przepis za przepisem, nie do końca rozumiejąc co z czym i dlaczego, ale chłonąc każdą fotografię z większą uwagą niż japońska wycieczka arrasy na Wawelu ;) Żeby było śmieszniej wcale nie chodziło o jedzenie samo w sobie. Jakość, klimat, pomysłowość, dekoracja… wszystko sprawiło, że nawet rzeczy za którymi na co dzień nie przepadam, stały się szalenie atrakcyjne i trafiły na listę „na zaś”. Ów nazasiek rozrasta się obecnie do niebotycznych rozmiarów na moim Pintereście.

Po wizycie na blogu Doroty jeszcze parę takich gromów solidnie uderzyło w moje przegłodzone serduszko, aż w ręce wpadła książka Hélène Dujardin, czyli niejakiej Tartelette. Coś niesamowitego dla osoby tak jak ja od dawna zainteresowanej fotografią, ale zbyt leniwej żeby porządnie rozwinąć się w tym kierunku i zrozumieć niektóre zależności rządzące sprzętem. Hélène w śmiesznie prosty i czytelny sposób w ciągu kilkunastu minut przedstawiła mi to, co mój szanowny DrugiPołówek niejednokrotnie próbował z różnym skutkiem wytłumaczyć (nie umniejszając Jego wysiłków!). Znacie to uczucie, kiedy pytacie o jakieś zagadnienie techniczne, rozumiecie trzy pierwsze słowa, po czym gdzieś-tam-w-umyśle pojawia się ciemna, gęsta chmura, mrugacie niby z zainteresowaniem do mówcy, a tak naprawdę słyszycie „…i wtedy jak to ustawisz, musisz bla, bla, bla”? Nie? Kurczę, bo ja znam aż za dobrze ;) Sęk w tym, że nagle kolorowy, a czasem nostalgiczny świat fotografii kulinarnej łypnął okiem, zamachał utytłaną mąką rączką i uchylił nieśmiało drzwi, przez które próbuję póki co z dużą werwą się przecisnąć. Raz z lepszym, raz z gorszym skutkiem, o czym niedługo się przekonacie. Zdarza mi się jeszcze zorientować po sprzątnięciu domowego pseudostudyjka, że zbyt dużo zdjęć jest w pionie, albo zapomniałam o zmianie głębi ostrości, ale hej!, nie od razu Rzym zbudowano! Grunt że coś tam czasem wyjdzie, nauczę się nowego przepisu, a rodzina niech tylko spróbuje narzekać na podwieczorek… ;)

Nie przedłużając – serdecznie zapraszam, po ciasteczku wręczam i mam nadzieję, że będzie smakowało. A póki co zapowiedź – na przekór – czegoś zupełnie niesłodkiego.

Lesson #2.1

Lesson #2.2Lesson #2.5

Lesson #2.3

Lesson #2.4

Lesson #2.6

Pin on Pinterest5Share on Facebook0Email this to someoneTweet about this on TwitterShare on Tumblr0Share on Google+0