Tarta dyniowa pod bezą

29.7

Powitawszy! Wreszcie zabrałam się do dyniowej notki, jak zwykle w myśl hasła „lepiej późno, niż wcale”. Ale nie o tym, najpierw kilka słów wstępu.

Części z Was, a już w szczególności Krakusom, powinno co nieco zaświtać na dźwięk słów Najedzeni Fest. Dla formalności: to – a jakże – festiwal kulinarny, podczas którego nie tylko można spróbować przeróżnych kuchni, mieszając w krótkim czasie porcję hummusu z tartaletkami crème brûlée (tak, tak, to z autopsji, o dziwo w takich miłych okolicznościach żołądek bywa nad wyraz wyrozumiały), ale i wyposażyć się w przetwory, wyroby regionalne, warzywa, czy akcesoria na których widok człowiek staje jak wryty nie wiedząc, czy ma najpierw oglądać gadżety, czy od razu biec załatwiać kredyt. Bardzo się ucieszyliśmy na wieść o drugiej edycji, oczywiście jak to w praktyce bywa kompletnie nie mogliśmy się sądnego dnia wyzbierać w domu. Od ponad tygodnia Viri powtarzała mi, że będą dynie i koniecznie trzeba coś kupić, szczególnie że odmian ma być milion. Zanotowałam w pamięci. Na miejscu umówiliśmy się z Magdą, więc z początku cała uwaga skupiła się na poszukiwaniach, w których to ja – chodzący GPS, okazałam się najsłabszym ogniwem. Dość wspomnieć, że stojąc pod wielkim napisem Recepcja usilnie próbowałam od Magdy wyciągnąć, gdzie niby coś takiego się znajduje. W międzyczasie dwie grupki znajomych niezależnie od siebie zarekomendowały tajski makaron, dyńki więc powędrowały gdzieś w tył głowy. Polecieliśmy po ostatnią porcję sławnego makaronu, niestety ostatecznie podwędziła nam ją jakaś pani. Smuteczek. W zamian mimo dawnych, traumatycznych doświadczeń z zupą dyniową, zamówiłam przepyszny pikantny krem i odwiedziłam stanowisko dziewczyn z White Loft, które znowu wyciągnęły dyniowy temat na tapetę pokazując nam maluśkie, przesłodkie Baby Boo, które tu i ówdzie ozdabiały ich stolik. Wszystkie znaki na niebie i ziemi mówiły, ba!, krzyczały gdzie mam się udać. I co? I zapomniałam. Zapomniałam o JEdyniach.

JEdynie

Może to i lepiej, bo tydzień później wybraliśmy się do Wawrzeńczyc nadrobić tę wpadkę i zobaczyć, co straciliśmy. Z Najedzonych na pewno nie przytargalibyśmy 25 kilogramów przeróżnych dyń – od maleńkich, ozdobnych Baby Boo, przez popularne Hokkaido, po wielkie i słodkie Tahitian Melon. A to i tak nie wszystkie odmiany jakie kupiliśmy. Świetne miejsce, jeśli za jednym zamachem chcecie zrobić zapasy na zimę by móc piec ciasta, gotować zupy, przygotowywać ravioli, czy zwykłe-niezwykłe frytki. Przyznaję się bez bicia, że moje pojęcie o tym warzywie było zerowe i dość stereotypowe. Teraz jest ciut, ciut większe – nie sposób było przyswoić całego ogromu wiedzy, jakim zalała nas przesympatyczna reprezentantka farmy (mam fatalną pamięć do imion, przepraszam!). Wiem przynajmniej, którą dynię mam do czego, to najważniejsze ;) Wiem też, żeby nie do końca sugerować się wyglądem i średnio apetycznymi nazwami (brodawkowa? ałć!). Jakby życie nie było wystarczająco skomplikowane… ;)

JEdynieJEdynie

JEdynieJEdynie

JEdynieJEdynie

Powyżej kilka migawek z farmy JEdynie, teraz czas na świetną tartę o niezbyt słodkim, ale wyraźnie dyniowym nadzieniu, schowanym pod solidną warstwą bezy. Dla efektu przygotowałam swoją w wysokiej, ceramicznej formie. Jeśli niestraszne Wam ewolucje z dwiema łopatkami do ciasta – polecam, jeśli natomiast boicie się katastrofy przy gościach, lepiej wybierzcie wariant z ruchomym dnem. Niestety o ile dobrze kojarzę dwuczęściowe formy są raczej płytkie, więc nie zmieści się w nich całe nadzienie. Zależało mi żeby ciasto było konkretne i masa stanowiła jego najważniejszą część, całe szczęście za każdym razem gdy ją przygotowywałam udawało się wydostać po nieuszkodzonym kawałku dla każdego chętnego.

29.4

Ciasto na spód:

✔ 250g mąki pszennej
✔ 100g cukru pudru
✔ 100g zimnego masła pokrojonego w kosteczki
✔ 2 jajka
✔ szczypta soli

W stożku uformowanym z przesianej mąki robimy zagłębienie na pokrojone w drobną kostkę masło, cukier puder i sól. Delikatnie rozcieramy składniki starając się nie rozgrzać masła dłońmi. Można wspomóc się malakserem, można też całość siekać nożem – masa dłużej pozostanie chłodna. Po chwili wbijamy jajka i szybko wyrabiamy ciasto. Gotowe formujemy w kulę, lekko spłaszczamy i zawijamy w folię spożywczą. Powinno spędzić w lodówce przynajmniej godzinę.

Chłodne ciasto wałkujemy na grubość około 3 milimetrów, podsypując lekko mąką. Nasmarowaną masłem, głęboką formę o średnicy około 26 centymetrów wykładamy warstwą ciasta (najlepiej nawinąć je na oprószony mąką wałek i ostrożnie rozwijać tuż nad formą), dociskamy, docinamy brzegi rolując wałkiem po krawędzi formy, kilkakrotnie nakłuwamy lekko dno widelcem. Zakrywamy całość pergaminem, zasypujemy ceramicznymi kulkami do pieczenia lub fasolą. Spód tarty powinien się piec w 180°C przez około 25 minut – pierwsze 20 minut pod obciążeniem, ostatnie 5 bez. Gotowy odstawiamy do przestygnięcia.

29.129.2

Nadzienie:

✔ 450g purée z dyni
✔ 150g drobnego cukru
✔ 180ml śmietanki kremówki 36%
✔ 3 jajka
✔ 1 łyżka mąki ziemniaczanej
✔ solidna szczypta cynamonu

Aby przygotować dyniowe purée, należy usunąć ze środka warzywa pestki i włókna tak, aby pozostał sam miąższ. Dynię można podzielić na mniejsze kawałki, ułożyć na folii aluminiowej i piec do miękkości w 200°C przez 40-60 minut (w zależności od wielkości kawałków). Upieczony miąższ bardzo łatwo oddzielić od skórki łyżką, trzeba odsączyć go z wody i zmiksować na gładko blenderem. Gotowe purée można przechowywać w lodówce przez tydzień.

Wszystkie składniki nadzienia miksujemy na jednolitą masę. Wylewamy ją na spód tarty, wystające ponad poziom fragmenty ciasta osłaniamy przed nadmiernym zrumienieniem cienkimi paskami folii aluminiowej tak, by folia nie zanurzyła się w masie. Nadzienie będzie bardzo rzadkie, ale wystarczająco zgęstnieje pieczone przez 50-60 minut w 180°C. Gotowe odstawiamy do ostygnięcia.

29.3

Beza:

✔ 4 białka
✔ 200g drobnego cukru
✔ 2 łyżeczki mąki ziemniaczanej
✔ 1 łyżeczka białego octu winnego

Białka ubijamy na sztywną pianę, nie przerywając miksowania wsypujemy do nich po łyżce cukru. Gdy masa będzie bardzo gęsta i błyszcząca, dodajemy mąkę i ocet. Chwilę miksujemy. Wykładamy na tartę łyżką lub łopatką, tworząc nieregularne fale, zapiekamy przez 20 minut w temperaturze 180°C. Przed podaniem tartę studzimy w chłodnym miejscu.

29.629.5

Smacznego!

Pin on Pinterest57Share on Facebook23Email this to someoneTweet about this on TwitterShare on Tumblr0Share on Google+0

Tarta czekoladowa z malinami

28.2

Czołem! Dziś notka, jak to mawia mój Luby, na szybkości. Skoro już Was pomęczyłam malinami poza sezonem pomyślałam, że jak pójdę za ciosem i szybciej skończymy te tortury, krócej będziecie chować urazę ;) A tak zupełnie na poważnie – czy ktoś też przeżywał tego lata tak potężny owocowy ciąg, że nieważne z jakim zapasem malin, borówek i innych dobrodziejstw wracał do domu, wszystko od razu trafiało do buzi, do ciasta, lodów, koktajli… tylko nie do zamrażalnika? Nie mam nic. Absolutnie. Poza kurczakiem. Do tego złapałam potworny wstręt do drobiu i ten smutny kurak tak się chłodzi i chłodzi bez żadnego weselszego towarzystwa. Mam nadzieję, że chociaż Wam uda się z czeluści oszronionych szuflad wydostać woreczek malin.

28.3

Dziś będzie bez lawiny zdjęć – tartę Michela Roux robiłam na wariata na potrzeby opublikowanego milijony lat świetlnych temu konkursu z bloga What’s Cooking?. Była pyszna, aczkolwiek następnym razem chyba pokuszę się na dodatek mlecznej czekolady – należę do tych nieszczęśliwców, którzy najchętniej pławiliby się w hipersłodkiej, białej czekoladzie, po każdej kostce łkając nad kondycją swoich bioder. Deserowa bywa dla mnie za cierpka, ciut metaliczna. Obawiam się tylko, że kolor czekolady mlecznej pozbawiłby tartę walorów wizualnych… Nic to, lecimy!

28.1

Ciasto na spód:

✔ 150g mąki pszennej
✔ 50g zimnego masła pokrojonego w kosteczki
✔ 50g cukru pudru
✔ 1 jajko
✔ szczypta soli

Mąkę przesiewamy z cukrem i solą. Dodajemy masło, delikatnie rozcieramy składniki palcami starając się ich za bardzo nie rozgrzać. Możecie też siekać całość nożem, zyskacie dzięki temu więcej czasu na połączenie składników. Dodajemy jajko i szybko zagniatamy ciasto. Formujemy je w kulę, zawijamy w folię spożywczą i spłaszczamy. Powinno spędzić w lodówce przynajmniej kwadrans.

Foremkę o średnicy około 18 centymetrów smarujemy masłem i lekko oprószamy mąką. Ciasto wałkujemy na grubość około 3 milimetrów, podsypujemy mąką by się nie kleiło. Nawijamy je na wałek, ostrożnie przekładamy do foremki. Dociskamy brzegi i obcinamy nadmiar ciasta rolując wałkiem po krawędziach blaszki. Spód nakłuwamy widelcem, wstawiamy do lodówki jeszcze na pół godziny.

Piekarnik rozgrzewamy do 190°C, osłaniamy ciasto pergaminem i zasypujemy ceramicznymi kulkami lub fasolą. Pieczemy przez 15-20 minut, po upływie tego czasu zmniejszamy temperaturę do 180°C, usuwamy obciążenie i papier, dopiekamy przez 5-10 minut. Zarumienione ciasto odstawiamy do ostygnięcia.

Nadzienie:

✔ 250g malin
✔ 200ml śmietanki kremówki 36%
✔ 200g czekolady deserowej
✔ 25g cukru pudru
✔ 50g masła w kawałeczkach

Maliny kroimy na pół, układamy gęsto na spodzie tarty wnętrzami ku górze.

Czekoladę drobno siekamy. Śmietankę podgrzewamy, po zdjęciu z ognia rozpuszczamy w niej czekoladę i cukier puder. Miksujemy dodając po kawałeczku masła, aż masa stanie się jednolita. Gotowy krem wylewamy równą warstwą na owoce, zostawiamy do ostudzenia. Kiedy osiągnie temperaturę pokojową, wstawiamy tartę do lodówki na kilka godzin lub na noc. Dekorujemy malinami i odrobiną przesianego cukru pudru.

28.4

Smacznego!

Pin on Pinterest976Share on Facebook0Email this to someoneTweet about this on TwitterShare on Tumblr0Share on Google+0

Dżem agrestowy w mini tartaletkach

23.8

Pamiętacie jeszcze smak agrestu? Nie wiem czy to tylko moje wrażenie, ale wydaje mi się, że po ten owoc sięgają już raczej nieliczni. Sama nie jadłam go chyba od dobrych 10 lat, kiedy to z naszego przydomowego ogrodu wywiało dwa kolczaste krzaczki. To takie delikatne określenie na działalność fachowców, którzy z lekko bałaganiarskiego ogródka (tu drzewo, tam krzaczek, ale za to jak cudnie w podstawówce jeździło się slalomem na rowerze! szczególnie jak walkman odpinał się od spodni i frunął ku ziemi wypluwając kasetę Nine Inch Nails prosto pod koła ;) ) zrobili podczas remontu domu krajobraz księżycowy usiany fragmentami styropianu i puszkami po konserwach. Ostatnio jednak coś mnie naszło i kupiłam cały kilogram. Jedzony prosto z pudełeczka agrest trochę sponiewierał kwaskowatością moje kubki smakowe, ale lądując w dżemie ładnie ułożył się ze słodyczą cukru.

23.1

Część dżemu powędrowała do słoiczka, część do maleńkich tartaletek przygotowywanych w formie do babeczek. Wybaczcie bałaganiarską kratkę – robiłam je w największe upały, kiedy ciasto po prostu wypływało z rąk. Mimo to myślę, że są całkiem urocze – takie rustykalne i na luzie, w sam raz na moment, kiedy macie chętkę na coś słodkiego a zarazem mocno orzeźwiającego i chce Wam się podejść do piekarnika. To co, zaczynamy?

23.10

Dżem agrestowy:

✔ 500g agrestu
✔ 2 łyżki wody
✔ 130g cukru
✔ 1 łyżka soku z cytryny
✔ 5 owoców kardamonu

Agrest obieramy z ogonków i szypułek. Kardamon otwieramy, ziarenka rozdrabniamy w moździerzu. Wrzucamy agrest do rondelka podlewając go niewielką ilością wody. Gotujemy aż owoce zaczną pękać, nadal podgrzewając rozdrabniamy je blenderem. Zasypujemy cukrem, dodajemy sok z cytryny i zmielony kardamon, gotujemy około 10 minut do wyraźnego zgęstnienia. Gotowy dżem konieczne trzeba przetrzeć przez sito, by pozbyć się sporej ilości pestek z agrestu.

23.4

Tartaletki (12 sztuk):

✔ 250g mąki pszennej
✔ 125g masła w temperaturze pokojowej, pokrojonego w kostkę
✔ 2 szczypty soli
✔ 5g drobnego cukru
✔ 1 jajko
✔ 40ml zimnej wody

Z mąki usypujemy kopczyk, w wyżłobionym na środku zagłębieniu umieszczamy masło, sól, cukier, wbijamy jajko. Zagniatamy ciasto dodając pod koniec wodę. Gdy będzie już gładkie, formujemy z niego kulę, zawijamy w folię spożywczą i spłaszczamy, by równomiernie się chłodziło. Można je przygotować także w malakserze, również dodając wodę na samym końcu. Powinno trafić do lodówki na przynajmniej 20 minut.

23.5

Formę do babeczek smarujemy masłem, z papieru do pieczenia wycinamy długie paseczki – pomogą w wydostaniu gotowych tartaletek z formy. Piekarnik nagrzewamy do 180°C.

Stolnicę oprószamy lekko mąką, schłodzone ciasto nakrywamy nowym arkuszem folii spożywczej i wałkujemy na grubość około 2 milimetrów. Małą miseczką lub słoikiem wycinamy 12 okręgów o średnicy około 10 centymetrów, z pozostałego ciasta przygotowujemy paseczki do ułożenia kratki na ciasteczkach, bądź mniejsze okręgi z dodatkowo wyciętym na środku wzorkiem.

W każdym gnieździe formy umieszczamy paseczek papieru, ostrożnie opuszczamy krążek ciasta i dociskamy do ścianek blaszki, do około 2/3 wysokości zagłębienia. Nakładamy łyżeczkę dżemu, na wierzchu układamy kratkę lub zakrywamy tartaletkę mniejszym okręgiem z wzorkiem. Brzegi sklejamy dociskając je do siebie widelcem. Tartaletki powinny spędzić w piekarniku 30-35 minut. Jeśli dżem jest dla Was nieco zbyt kwaśny, wierzch tartaletek przed pieczeniem można lekko oprószyć cukrem.

23.723.3

23.6

23.223.9

Smacznego!

Pin on Pinterest51Share on Facebook0Email this to someoneTweet about this on TwitterShare on Tumblr0Share on Google+0

Tartaletki rabarbarowe pod truskawkową rozetką

21.6

Święto lasu, druga notka w ciągu czterech dni! Niestety nie mogę obiecać, że tak będzie już zawsze, choć liczba folderów z czekającymi na przebiórkę „nazaśkami” rośnie i rośnie, więc wrzucać zdecydowanie mam co… Damy raaadę. Dziś jak to mówi mój Luby – na szybkości. Mam nadzieję, że można jeszcze u Was znaleźć ładny rabarbar, w mojej lodówce mieszka jeszcze kilka pokaźnych łodyżek i zastanawiam się, czy póki wyglądają apetycznie i zachęcająco robić z nich tartę, której w ten weekend żadną siłą nie zdążę sfotografować a mam na nią fajny pomysł, czy może kroić, mrozić i trzymać na czarną godzinę? Tak czy owak w Krakowie panowanie sezonowych smakołyków trwa w najlepsze i mam nadzieję, że taka sytuacja jeszcze trochę się utrzyma. Ba, ponoć ten rok jest tak pokręcony, że mamy drugi wysyp truskawek :) Nie mam nic przeciwko. Wręcz żądam oficjalnie pięknego lata do końca listopada. Siedem (!) miesięcy zimy za nami, ja bynajmniej nie tęsknię i tym razem bez wysiłku uciszam tę część mnie, która kocha śnieg, sanki i nie może zasnąć w noc grasowania Świętego Mikołaja po pozamykanych mieszkaniach (w sumie to bardziej straszne niż magiczne…).

Ale do rzeczy (powinnam sobie to hasło wytatuować na czole; zamiast to ciągle powtarzać znacząco pokazywałabym palcem gdzie trzeba, a na skroniach miałabym kolejno „omatko” i „masakra” ;) ), tartaletki. Żadna filozofia, a jaka miła przegryzka. Chociaż przepraszam, filozofia jest! Rabarbarowy curd. Na chłopski rozum, coby w żadną stronę nie przegiąć i nie wywołać katastrofy, wzięłam na warsztat przepis użyty już przy orzeźwiających tartaletkach. Cytryna czy rabarbar, oj tam, oj tam, nic się nie stanie jak się podmieni. Wyszło? Wyszło! Ale kolor… Boże! Zaraz zobaczycie na zdjęciach jaką piękną barwę miał sok przygotowany do curdu. Powoli dolewając go do jajek patrzyłam, jak z intensywnego różu zostaje róż majtkowy, róż ledwozauważalny, aż w końcu objawia się… beż. Przetarłam oczy, zakwiliłam, stwierdziłam że grunt że jadalne i dokończyłam deser. Po czym wpadłam w depresję oglądając w sieci, jak innym dziewczynom powychodził rabarbarowy curd w barwach bojowych Hello Kitty. Już pomijam fakt, że gwoździem do trumny stała się świadomość nieosiągalności różowego rabarbaru. Życie… :) Grunt to efektowna dekoracja i co za tym idzie zadowalający rezultat końcowy.

21.3

Spody na 8 tartaletek:

✔ 250g mąki pszennej
✔ 100g zimnego masła w kawałeczkach
✔ 100g cukru pudru
✔ 2 jajka w temperaturze pokojowej
✔ szczypta soli

W stożku uformowanym z przesianej mąki robimy zagłębienie na pokrojone w małą kostkę masło, cukier puder i sól. Delikatnie rozcieramy składniki starając się nie rozgrzać za bardzo masła dłońmi. Po chwili wbijamy jajka i szybko wyrabiamy ciasto, tę samą czynność możemy wykonać z pomocą malaksera. Gotową masę formujemy w kulę, lekko spłaszczamy i zawijamy w folię spożywczą. Ciasto powinno chłodzić się w lodówce przez co najmniej godzinę.

Po upływie tego czasu wałkujemy je podsypując lekko stolnicę mąką. Nasmarowane masłem foremki o średnicy około 11 centymetrów wykładamy warstwą ciasta, dociskamy dokładnie do brzegów i obcinamy nadmiar obracając wałkiem wzdłuż krawędzi foremek. Kilkakrotnie nakłuwamy dna widelcem. Spody tartaletek powinny się piec w 180°C przez około 15-20 minut. Przed nałożeniem kremu muszą ostygnąć.

21.121.2

Curd rabarbarowy:

✔ 1/2 laski wanilii
✔ 200g rabarbaru
✔ 5 truskawek
✔ 75ml wody
✔ 100g cukru
✔ 3 jajka
✔ 1 łyżka skrobi kukurydzianej
✔ 100g zimnego masła w kawałeczkach

Połowę laski wanilii rozcinamy wzdłuż, nożem usuwamy ziarenka. Umyte rabarbar i truskawki kroimy na małe kawałki i zasypujemy połową przygotowanej porcji cukru, dodajemy ziarenka i skórkę wanilii. Całość dusimy na średnim ogniu przez 10 minut. Powstały sok przecedzamy i odstawiamy to ostygnięcia. Powinniśmy otrzymać około 120ml kompotu – tyle potrzeba do przygotowania kremu.

Jajka wbijamy do rondelka, trzepaczką mieszamy żółtka z białkami. Dodajemy sok rabarbarowo-truskawkowy i pozostałą część cukru. Całość podgrzewamy regularnie mieszając, by jajka się nie ścięły. Dodajemy skrobię i pokrojone masło, nie przerywamy mieszania. Kiedy składniki się połączą, odstawiamy krem do ostudzenia i stężenia. W razie potrzeby można przecedzić go przez sito. Na każdą tartaletkę wykładamy do dwóch łyżek kremu.

21.7

Dekoracja:

✔ 25 truskawek
✔ listki mięty

Truskawki kroimy w cienkie plasterki. Układamy je w okręgi, kierując stożki truskawek do zewnątrz tartaletki. Zaczynamy od skrajnej części ciastka. Truskawki mają zupełnie zasłonić krem i stworzyć apetyczną rozetkę :)

21.521.4

Smacznego!

Pin on Pinterest6Share on Facebook0Email this to someoneTweet about this on TwitterShare on Tumblr0Share on Google+0

Pomarańczowe smętarzysko

11.9

Jakiś roku temu zakochałam się na zabój w nigellowym grasshopper pie przecudnie sfotografowanym przez Dorotę z Moich Wypieków. Obiecałam sobie, że będzie to pierwsza rzecz, jaką przygotuję po zakończeniu diety. Nadszedł wyczekiwany grudzień, a ciasta jak nie zrobiłam, tak nie miałam okazji zasmakować do dziś. I to dosłownie, bo poniższy przepis zawiera malutką zmianę – w wersji na Halloween zjemy je z nadzieniem pomarańczowym :) Mięta kusiła okrutnie, ale okazja natrafiła się kolorystycznie dość jednoznaczna, a jednak lubię, kiedy barwa jedzenia z grubsza kojarzy się z tym, co się w nim znajduje. Grasshopper nadal pozostaje więc w spisie nazaśków, ale nie żałuję, bo ubaw przy dekorowaniu poniższego ciasta miałam przedni, a równie dobrej zabawy życzę i Wam! :)

11.4

Jeśli chcecie poczęstować dzieciaki (albo wyręczyć się nimi w dekorowaniu, choć uważam że dorosłym też się coś od życia należy ;), szczególnie że brakuje nam w Polsce tak fikuśnie obchodzonych świąt), możecie zastąpić likier smakowym syropem. Pamiętajcie jednak, że taki wariant może okazać się diabelnie słodki i warto pokombinować z proporcjami syropu i śmietanki. A zatem do dzieła!

11.111.2

11.3

Ciasteczkowy spód:

✔ 300g (27 szt.) ciasteczek Oreo z ciemnym nadzieniem
✔ 50g pokruszonej gorzkiej czekolady
✔ 50g miękkiego masła + odrobina do posmarowania formy

Formę do tarty o średnicy około 25cm smarujemy masłem. Dobrze by było wyposażyć się w taką z wyjmowanym dnem, które będzie można ostrożnie podbić gdy ciasto będzie gotowe do wyjęcia.

Wszystkie podane składniki mielimy na piasek w malakserze, efekt do złudzenia będzie przypominał nieco wilgotną ziemię. Wylepiamy nią dno i boki formy i odstawiamy do lodówki na czas przygotowania wypełnienia. Sam kolor w połączeniu z okazją już zaczyna robić upiorne wrażenie :)

Piankowa masa:

✔ 150g pianek marshmallow
✔ 125ml mleka 3,2%
✔ 100ml likieru pomarańczowego
✔ 400ml śmietanki kremówki 36%
✔ pomarańczowy barwnik

Pianki (najlepiej białe, w sklepach najczęściej można znaleźć biało-różowe Jojo, mi udało się niegdyś kupić bieluteńkie podczas tygodnia amerykańskiego w Lidlu) rwiemy na mniejsze kawałki, podgrzewamy wraz z mlekiem lekko mieszając. Pilnujemy, by się nie zagotowały – żelatyna zawarta w piankach straci swoje właściwości i nadzienie odpowiednio się nie zetnie podczas chłodzenia. Dodajemy likier, odstawiamy mieszankę do ostudzenia.

Ubijamy kremówkę, ale tylko do zgęstnienia, nie jak zazwyczaj na sztywno. Co za ulga, prawda? Nie może się nie udać ;) Dolewamy ostygłe mleko z piankami, mieszamy łyżką do połączenia. Stopniowo według uznania dodajemy pomarańczowego barwnika, całość mieszamy.

Masę przelewamy na schłodzony spód i odstawiamy do lodówki na przynajmniej 4 godziny, lub jeśli mamy taką możliwość – na całą noc.

Dekoracja:

✔ ok. 80g (8 szt.) ciasteczek Oreo z ciemnym nadzieniem

✔ 4 szt. ciasteczek Oreo przekrojonych na pół
✔ kilka szczypt kandyzowanej skórki z pomarańczy
✔ cukrowe kosteczki, dynie i nietoperze

Ciasteczka mielimy w malakserze, obsypujemy nimi równo stężałą już masę. Pozostałe 4 ciastka kroimy na pół (najlepiej je lekko „podpiłować”, docisnąć nóż i uderzyć dłonią w tępą stronę), wciskamy w piasek tak by imitowały płyty nagrobkowe (przepraszam, strasznie to brzmi jako element przepisu!). Podsypujemy je u podstawy skórką pomarańczową, układamy dynie, kosteczki i nietoperze. Cukrowe posypki rozkładamy na smętarzysku wedle uznania :)

11.13

Smacznego!

Pin on Pinterest6Share on Facebook0Email this to someoneTweet about this on TwitterShare on Tumblr0Share on Google+0