Makaroniki matcha z nadzieniem czereśniowym

48.7

Czołem! :) Jakimś cudem udało mi się tylko troszeczkę przetrzymać tę notkę, wyjątkowo jeszcze zmieściłam się w sezonie. A na co? Na czereśnie, piękne, słodkie czereśnie. Przyznam szczerze, że przez jakiś czas wybierałam zamiast nich wiśnie, choć szczególnie za nimi nie przepadam – w czekoladzie, z likierem, Czarne Lasy i te sprawy, nie kręci mnie to. Czereśnie natomiast nie dość że sprawiają niesamowitą radochę moim kubkom smakowym, kojarzą mi się z dzieciństwem, słońcem, wakacjami (dlaczego dorośli nie mają wakacji? takich na siłę, odgórnych, ot przychodzi lipiec i niech nikt się nie waży stawiać w pracy przez dwa miesiące!) i wychylaniem się z balkonu z okrutnie ciężkim czerpakiem i zbieraniem całego worka pysznych owoców. A dlaczego ich unikałam? Cóż… klasyka gatunku. Otóż kiedyś usadowiłam się wygodnie z książką i miską (o ile pamiętam gabaryty, „miska” to określenie dyplomatyczne) czereśni na podorędziu. Wcinałam jedną kulkę za drugą, aż w połowie posiedzenia zachciało mi się przepołowić owoc, czego nigdy wcześniej nie robiłam. Pomachał mi tłuściutki robaczek. Okazało się, że z naszej przydomowej czereśni robaczków wychodziły całe tabuny, niestety był to jeden z przyczynków do wycięcia drzewa, które z racji wieku i stanu siało postrach podczas każdej burzy.

Kiedy myślę o tym dzikim lokatorze z czereśni chce mi się śmiać, bo przypomina mi się jak na zielonej szkole na Słowacji odkryłam w kompocie kuzyna mojego owocowego wroga numer jeden i wywołałam istną panikę na stołówce. I to pierwszego dnia! Bite dwa tygodnie jedzenia z robaczkowej kuchni, brr. Ale może wróćmy na smakowite tory :)

48.1

Od bardzo dawna zasadzałam się na makaroniki. Moje pierwsze w życiu, dyniowe, wyszły po prostu rewelacyjnie i nie mogłam wyjść ze zdziwienia, ile jest w internecie lamentów na temat nieudanych skorupek, braku stopek, notek z masą wyliczeń i analiz, do których zużyto całe blachy migdałowej masy w kombinacjach różniących się o dziesiąte części grama. Tak się rozochociłam sukcesem i najwyraźniej wrodzonym talentem, że zainwestowałam w zestaw do makaroników. I tu porażka na całej linii – nie chciały się wysuszyć na silikonowej macie i miały tyle kształtów, ile ja przekleństw na końcu języka widząc jedną zepsutą partię po drugiej. Po długim przysłowiowym fochu zachciało mi się kolorowych ciasteczek. Moi Drodzy. Papier do pieczenia to Wasz najlepszy przyjaciel. Wyszły znowu idealne! Także wszelkie wynalazki w kąt, stara szkoła jak zwykle najlepsza. Wstyd się przyznać, ale tak kusiły, że jeszcze przed zdjęciami wsunęliśmy chyba połowę. Ten herbaciany posmak okazał się uzależniający. Szkoda tylko, że matcha tak chętnie pyli na wszystkie strony – serce mi się krajało jak przy każdym ruchu łyżeczki wyskakiwały z pudełka całe obłoki proszku. Strasznie nie lubię, gdy coś się marnuje ;)

Składniki na 24 szt.:

✔ 100g wysuszonych białek
✔ 50g drobnego cukru
✔ 100g mąki migdałowej
✔ 190g cukru pudru
✔ 15g herbaty matcha

Dzień przed planowanym pieczeniem makaroników wbijamy do miseczki trzy duże lub cztery mniejsze białka – na razie nie odmierzamy wagi, białka zmniejszą swoją objętość w kolejnym etapie. Niczym nie zakryte odstawiamy na dobę na blat – powinny się suszyć w temperaturze pokojowej. Tak przygotowane ubijamy, gdy będą prawie sztywne dosypujemy porcjami cukier, cały czas miksując. Piana nie powinna być bardzo sztywna, widełki miksera mają zostawiać w niej faliste ślady, ale nie powinniśmy dojść do etapu, w którym białka da się niemal kroić.

Jeśli nie dysponujecie mąką migdałową, łatwo przygotujecie ją sami. W malakserze mielimy płatki migdałowe wraz z cukrem pudrem i herbatą – bez dodatku pozostałych sypkich składników moglibyśmy zamiast mąki otrzymać masło. Mieszankę koniecznie przesiewamy by makaroniki wyszły idealnie gładkie, dodajemy do białek i delikatnie mieszamy łopatką do czasu uzyskania jednolitej masy. Uważajcie by nie mieszać zbyt długo, bo makaroniki po nałożeniu na papier za bardzo się rozleją.

48.2

Ciasto na makaroniki przekładamy do rękawa zakończonego tylką o średnicy 1 centymetra. Wyciskamy na papier do pieczenia krążki o średnicy 3 centymetrów. Masa będzie się nieco ciągnęła co może poskutkować powstaniem na makaroniku wierzchołka, jednak wyrówna się on w trakcie godzinnego leżakowania ciasteczek w temperaturze pokojowej. W tym czasie rozleją się nieco na boki, a ich powierzchnia stężeje.

Skorupki pieczemy w temperaturze 150°C przez około 10 minut, po tym czasie skręcamy piekarnik do 120°C i dopiekamy ciasteczka przez około 5 minut. Gotowe odstawiamy do przestygnięcia, dopiero później odrywamy je od papieru.

48.348.4

Nadzienie:

✔ 150g wydrylowanych czereśni
✔ 25g cukru
✔ 250g serka mascarpone

Czereśnie dokładnie miksujemy. Przelewamy do rondelka o grubym dnie, dodajemy cukier. Podgrzewamy mieszając aż uzyskają konsystencję dżemu. Ostudzone mieszamy łopatką z serkiem mascarpone. Nadzienie przekładamy do rękawa cukierniczego zakończonego tylką w kształcie otwartej gwiazdy, na połowę makaroników wyciskamy masę. Przykrywamy pozostałymi skorupkami.

48.5

48.6

Smacznego!

48.8

Pin on Pinterest697Share on Facebook6Email this to someoneTweet about this on TwitterShare on Tumblr0Share on Google+0

Orzeźwiające zielone smoothie

38.14

Dziś mam dla Was nieprzyzwoicie dużo zdjęć :) Dawno nie byłam aż tak zadowolona z sesji (choć pewnie do rana zauważę kosmiczne braki w każdym kadrze z osobna) i odrzucenie którejkolwiek fotografii mogłoby zaboleć okrutnie, zbyt okrutnie na niedzielny wieczór, który już i tak jest podszyty strachem przed złowrogim poniedziałkiem. Normalnie nie mam migotania komór na myśl o początku tygodnia pracującego, ale odkąd poniedziałek stał się dniem w którym chwytanie za biurową słuchawkę jest moim obowiązkiem, z tyłu głowy w niedzielę fruwa mi stado pomysłów od symulowania zatrucia pokarmowego po intencjonalne zarażenie się dżumą. Naprawdę, środa czy czwartek – mogę siedzieć przy telefonie spokojna jak mnich. Ale poniedziałek? Dzień, w którym każdy klient od samego rana męczy telefon, byle tylko czym prędzej wyrzucić z siebie duszone cały weekend frustracje? Koszmar! Nic dziwnego, że we wtorek rano – mimo że dyżur przechodzi dalej – na każdy dzwonek skaczę pod sufit, a w myślach wołam „Mamo!” i owijam się wyimaginowanym kocykiem z troskliwym misiem. Ale, ale. Żeby znowu było miło :)

38.13

38.338.11

Tym razem coś dla zdrowia. Jakiś czas temu postanowiłam zrobić remanent lodówki. Oczywiście nie rezygnuję z niedzielnych słodkości – każdy musi mieć w życiu trochę przyjemności! Ale mój codzienny jadłospis wzbogacił się o parę składników i mam nadzieję będzie wzbogacał się dalej w miarę jak będę pogłębiać wiedzę. Dojrzewam do wyciskania świeżych, leczniczych soków (worek marchwi od rolnika leżakuje w kuchni, a wyciskarka już mruga z pudełka, yay!), a póki co zaprzyjaźniam się z kombinacjami blenderowymi. Parę dni temu zmiksowałam napój klasyczną metodą „co się nawinie” i wyszło tak smacznie, że zielony smoothie służył mi cały tydzień w roli drugiego śniadania. Smakował nawet mojemu Lubemu, który widząc kolor podejrzewał że w szklance czyha na niego pułapka, ale przełamał się i spróbował. Mój sukces? Nie wykrył szpinaku, ha! Nawet wyraził chęć raczenia się bombą witaminową w przyszłości. Ag vs. fast food? 1:0! W przepisie opcjonalnie pojawiają się jagody goji i nasiona chia. Zdaję sobie sprawę, że nie są to rzeczy najtańsze i nie każdy łapie fit bakcyla i testuje takie ciekawostki – w razie czego po prostu je pomińcie. Mi udało się je znaleźć w bardzo konkurencyjnych cenach i z przyjemnością z nich korzystam mając nadzieję, że faktycznie dożyję setki z sercem jak dzwon i regularnie odnawianym karnetem na fitness ;)

38.138.6

Jeszcze tylko w ramach przypomnienia: do piątku włącznie trwa walentynkowy konkurs. Nie spodziewałam się aż takiego zainteresowania, jest mi niezmiernie miło widzieć Wasze zgłoszenia! Do tego tyle ciepłych słów, aż serducho pęka, że z kilkudziesięciu jak na razie zdjęć będziemy musieli wybrać tylko trzy. Naprawdę, nie wiem jak to zrobimy. Z wieloma deserami wiążą się błyskotliwe historie, wiele deserów jest misternie udekorowanych. Trudny wybór :)

38.5

38.4

38.838.10

Składniki na 2 duże szklanki (ok. 0,7l):

✔ 150ml wody mineralnej
✔ 2 bardzo dojrzałe kiwi
✔ 2 małe lub 1 duże jabłko
✔ natka pietruszki
✔ garść świeżego szpinaku (ok. 60g)
✔ sok z ćwiartki limonki
✔ łyżka miodu

✔ jagody goji do posypania (opcjonalnie)
✔ nasiona chia do posypania (opcjonalnie)

Kiwi wydrążamy ze skórek łyżeczką (ponoć można je jeść w całości, ale nie wiem czy kogokolwiek kuszą owoce futerkowe au naturel :D ), jabłka kroimy w ćwiartki i pozbawiamy gniazd nasiennych. Pietruszka może pozostać z łodyżkami. Wszystkie podstawowe składniki umieszczamy w kielichu blendera, najlepiej w takiej kolejności jak wymieniono powyżej (po zmieleniu „mokrego” kiwi z wodą blender ma łatwiejsze zadanie i nie trzeba mu pomagać upychając zieleninę łyżką).

Smoothie przelewamy do szklanek, jeśli mamy na podorędziu jagody i nasiona, posypujemy nimi napój z wierzchu. Najlepszy jest schłodzony, ale uwaga – z biegiem czasu smaki przegryzają się i po kilku godzinach na prowadzenie wychodzi smak kwaśny. Zaraz po zmieleniu natomiast czuć głównie jabłko i pietruszkę. Potem stery przejmują kiwi z limonką :)

38.938.7

38.12

Smacznego!

38.2

Pin on Pinterest203Share on Facebook0Email this to someoneTweet about this on TwitterShare on Tumblr0Share on Google+0

Tarta czekoladowa z malinami

28.2

Czołem! Dziś notka, jak to mawia mój Luby, na szybkości. Skoro już Was pomęczyłam malinami poza sezonem pomyślałam, że jak pójdę za ciosem i szybciej skończymy te tortury, krócej będziecie chować urazę ;) A tak zupełnie na poważnie – czy ktoś też przeżywał tego lata tak potężny owocowy ciąg, że nieważne z jakim zapasem malin, borówek i innych dobrodziejstw wracał do domu, wszystko od razu trafiało do buzi, do ciasta, lodów, koktajli… tylko nie do zamrażalnika? Nie mam nic. Absolutnie. Poza kurczakiem. Do tego złapałam potworny wstręt do drobiu i ten smutny kurak tak się chłodzi i chłodzi bez żadnego weselszego towarzystwa. Mam nadzieję, że chociaż Wam uda się z czeluści oszronionych szuflad wydostać woreczek malin.

28.3

Dziś będzie bez lawiny zdjęć – tartę Michela Roux robiłam na wariata na potrzeby opublikowanego milijony lat świetlnych temu konkursu z bloga What’s Cooking?. Była pyszna, aczkolwiek następnym razem chyba pokuszę się na dodatek mlecznej czekolady – należę do tych nieszczęśliwców, którzy najchętniej pławiliby się w hipersłodkiej, białej czekoladzie, po każdej kostce łkając nad kondycją swoich bioder. Deserowa bywa dla mnie za cierpka, ciut metaliczna. Obawiam się tylko, że kolor czekolady mlecznej pozbawiłby tartę walorów wizualnych… Nic to, lecimy!

28.1

Ciasto na spód:

✔ 150g mąki pszennej
✔ 50g zimnego masła pokrojonego w kosteczki
✔ 50g cukru pudru
✔ 1 jajko
✔ szczypta soli

Mąkę przesiewamy z cukrem i solą. Dodajemy masło, delikatnie rozcieramy składniki palcami starając się ich za bardzo nie rozgrzać. Możecie też siekać całość nożem, zyskacie dzięki temu więcej czasu na połączenie składników. Dodajemy jajko i szybko zagniatamy ciasto. Formujemy je w kulę, zawijamy w folię spożywczą i spłaszczamy. Powinno spędzić w lodówce przynajmniej kwadrans.

Foremkę o średnicy około 18 centymetrów smarujemy masłem i lekko oprószamy mąką. Ciasto wałkujemy na grubość około 3 milimetrów, podsypujemy mąką by się nie kleiło. Nawijamy je na wałek, ostrożnie przekładamy do foremki. Dociskamy brzegi i obcinamy nadmiar ciasta rolując wałkiem po krawędziach blaszki. Spód nakłuwamy widelcem, wstawiamy do lodówki jeszcze na pół godziny.

Piekarnik rozgrzewamy do 190°C, osłaniamy ciasto pergaminem i zasypujemy ceramicznymi kulkami lub fasolą. Pieczemy przez 15-20 minut, po upływie tego czasu zmniejszamy temperaturę do 180°C, usuwamy obciążenie i papier, dopiekamy przez 5-10 minut. Zarumienione ciasto odstawiamy do ostygnięcia.

Nadzienie:

✔ 250g malin
✔ 200ml śmietanki kremówki 36%
✔ 200g czekolady deserowej
✔ 25g cukru pudru
✔ 50g masła w kawałeczkach

Maliny kroimy na pół, układamy gęsto na spodzie tarty wnętrzami ku górze.

Czekoladę drobno siekamy. Śmietankę podgrzewamy, po zdjęciu z ognia rozpuszczamy w niej czekoladę i cukier puder. Miksujemy dodając po kawałeczku masła, aż masa stanie się jednolita. Gotowy krem wylewamy równą warstwą na owoce, zostawiamy do ostudzenia. Kiedy osiągnie temperaturę pokojową, wstawiamy tartę do lodówki na kilka godzin lub na noc. Dekorujemy malinami i odrobiną przesianego cukru pudru.

28.4

Smacznego!

Pin on Pinterest975Share on Facebook10Email this to someoneTweet about this on TwitterShare on Tumblr0Share on Google+0

Mandarynkowy crème brûlée

25.7

Słynny crème brûlée zna chyba każdy. Prosty, acz bardzo wdzięczny deser, jedyny ból w jego przygotowaniu to konieczność przeczekania czasu, jaki musi spędzić w lodówce… za to potem możecie szaleć z palnikiem i zachwycać się chrupnięciem przebitej łyżeczką skorupki :) Oczywiście jeśli Wasze płomienne szaleństwo nie obejmuje elementu, jaki ostatnio pojawił się u mnie – dwudniowego poszukiwania dwóch zbiorniczków z gazem, które na pewno gdzieś są (zresztą właśnie dlatego mam dwa – pierwszy skutecznie się schował do czasu zakupu drugiego, po czym ręka boska odstawiła go na miejsce), ale zdecydowanie nie tam, gdzie być powinny. Złośliwość rzeczy martwych nie zna granic, szczególnie że mam za sobą ponad miesiąc focha dolnej grzałki w piekarniku, z którego zazwyczaj korzystam. Foch się skończył wraz z nadejściem Pana Fachowca, dzięki niebiosom za elementy zapasowe. Lepiej późno niż wcale. Dlatego proszę, pilnujcie swoich kremów, bo choć klasyczne brûlée robiłam wiele razy właśnie w takim czasie, jaki Wam podaję, piekarnik zastępczy przy każdym moim z nim spotkaniem pogrywał sobie ze mną jak mu się tylko podobało. Aż mimo przeraźliwego huku obcego sprzętu słyszałam zza drzwiczek złowieszcze „spalmy wszystko z wierzchu!” (taki halloweenowy akcent, coby nie było). W każdym razie – mikstura z dodatkiem soku może trochę bardziej opornie się zapiekać, mocniej od podanego czasu weźcie sobie do serca stopień „trzęśliwości” masy. Na pewno się uda :) A zatem Psze Państwa, poniżej wersja mandarynkowa.

25.9

25.125.3

Składniki na 4 porcje:

✔ 280ml śmietanki kremówki 36%
✔ skórka otarta z 3 dokładnie wyszorowanych mandarynek
✔ 1 łyżeczka ekstraktu z wanilii
✔ 4 żółtka
✔ 40g cukru trzcinowego
✔ 20ml soku z mandarynki

✔ 8 łyżeczek cukru trzcinowego do posypania

Śmietankę podgrzewamy wraz ze skórką z mandarynek i ekstraktem waniliowym. Zdejmujemy z ognia gdy będzie bliska zagotowania. Odstawiamy w chłodne miejsce do przestygnięcia.

Żółtka ucieramy wraz z cukrem, dodajemy przecedzony sok z mandarynki. Do mieszanki wlewamy wystudzoną śmietankę, bez przerwy mieszając całość rózgą. Miksturę przepuszczamy przez sito z drobnymi oczkami, wlewamy do 4 ramekinów o średnicy 9 centymetrów. Wstawiamy do działającego piekarnika rozgrzanego do 100°C, pieczemy 50-60 minut, aż krem się zetnie (środek przy lekkim potrząśnięciu naczynkiem powinien być galaretowaty), ale nie zarumieni. Gotowy deser odstawiamy do wystygnięcia, gdy będzie już chłodny wstawiamy go na kilka godzin – a najlepiej na noc – do lodówki.

25.225.4

25.5

Tuż przed podaniem posypujemy zimny krem warstwą cukru, którą karmelizujemy palnikiem. Podajemy, gdy skorupka jest jeszcze ciepła i – co najważniejsze – chrupiąca :)

25.8

25.6

Smacznego!

Pin on Pinterest21Share on Facebook0Email this to someoneTweet about this on TwitterShare on Tumblr0Share on Google+0

Dżem agrestowy w mini tartaletkach

23.8

Pamiętacie jeszcze smak agrestu? Nie wiem czy to tylko moje wrażenie, ale wydaje mi się, że po ten owoc sięgają już raczej nieliczni. Sama nie jadłam go chyba od dobrych 10 lat, kiedy to z naszego przydomowego ogrodu wywiało dwa kolczaste krzaczki. To takie delikatne określenie na działalność fachowców, którzy z lekko bałaganiarskiego ogródka (tu drzewo, tam krzaczek, ale za to jak cudnie w podstawówce jeździło się slalomem na rowerze! szczególnie jak walkman odpinał się od spodni i frunął ku ziemi wypluwając kasetę Nine Inch Nails prosto pod koła ;) ) zrobili podczas remontu domu krajobraz księżycowy usiany fragmentami styropianu i puszkami po konserwach. Ostatnio jednak coś mnie naszło i kupiłam cały kilogram. Jedzony prosto z pudełeczka agrest trochę sponiewierał kwaskowatością moje kubki smakowe, ale lądując w dżemie ładnie ułożył się ze słodyczą cukru.

23.1

Część dżemu powędrowała do słoiczka, część do maleńkich tartaletek przygotowywanych w formie do babeczek. Wybaczcie bałaganiarską kratkę – robiłam je w największe upały, kiedy ciasto po prostu wypływało z rąk. Mimo to myślę, że są całkiem urocze – takie rustykalne i na luzie, w sam raz na moment, kiedy macie chętkę na coś słodkiego a zarazem mocno orzeźwiającego i chce Wam się podejść do piekarnika. To co, zaczynamy?

23.10

Dżem agrestowy:

✔ 500g agrestu
✔ 2 łyżki wody
✔ 130g cukru
✔ 1 łyżka soku z cytryny
✔ 5 owoców kardamonu

Agrest obieramy z ogonków i szypułek. Kardamon otwieramy, ziarenka rozdrabniamy w moździerzu. Wrzucamy agrest do rondelka podlewając go niewielką ilością wody. Gotujemy aż owoce zaczną pękać, nadal podgrzewając rozdrabniamy je blenderem. Zasypujemy cukrem, dodajemy sok z cytryny i zmielony kardamon, gotujemy około 10 minut do wyraźnego zgęstnienia. Gotowy dżem konieczne trzeba przetrzeć przez sito, by pozbyć się sporej ilości pestek z agrestu.

23.4

Tartaletki (12 sztuk):

✔ 250g mąki pszennej
✔ 125g masła w temperaturze pokojowej, pokrojonego w kostkę
✔ 2 szczypty soli
✔ 5g drobnego cukru
✔ 1 jajko
✔ 40ml zimnej wody

Z mąki usypujemy kopczyk, w wyżłobionym na środku zagłębieniu umieszczamy masło, sól, cukier, wbijamy jajko. Zagniatamy ciasto dodając pod koniec wodę. Gdy będzie już gładkie, formujemy z niego kulę, zawijamy w folię spożywczą i spłaszczamy, by równomiernie się chłodziło. Można je przygotować także w malakserze, również dodając wodę na samym końcu. Powinno trafić do lodówki na przynajmniej 20 minut.

23.5

Formę do babeczek smarujemy masłem, z papieru do pieczenia wycinamy długie paseczki – pomogą w wydostaniu gotowych tartaletek z formy. Piekarnik nagrzewamy do 180°C.

Stolnicę oprószamy lekko mąką, schłodzone ciasto nakrywamy nowym arkuszem folii spożywczej i wałkujemy na grubość około 2 milimetrów. Małą miseczką lub słoikiem wycinamy 12 okręgów o średnicy około 10 centymetrów, z pozostałego ciasta przygotowujemy paseczki do ułożenia kratki na ciasteczkach, bądź mniejsze okręgi z dodatkowo wyciętym na środku wzorkiem.

W każdym gnieździe formy umieszczamy paseczek papieru, ostrożnie opuszczamy krążek ciasta i dociskamy do ścianek blaszki, do około 2/3 wysokości zagłębienia. Nakładamy łyżeczkę dżemu, na wierzchu układamy kratkę lub zakrywamy tartaletkę mniejszym okręgiem z wzorkiem. Brzegi sklejamy dociskając je do siebie widelcem. Tartaletki powinny spędzić w piekarniku 30-35 minut. Jeśli dżem jest dla Was nieco zbyt kwaśny, wierzch tartaletek przed pieczeniem można lekko oprószyć cukrem.

23.723.3

23.6

23.223.9

Smacznego!

Pin on Pinterest51Share on Facebook0Email this to someoneTweet about this on TwitterShare on Tumblr0Share on Google+0