Pomarańczowe smętarzysko

11.9

Jakiś roku temu zakochałam się na zabój w nigellowym grasshopper pie przecudnie sfotografowanym przez Dorotę z Moich Wypieków. Obiecałam sobie, że będzie to pierwsza rzecz, jaką przygotuję po zakończeniu diety. Nadszedł wyczekiwany grudzień, a ciasta jak nie zrobiłam, tak nie miałam okazji zasmakować do dziś. I to dosłownie, bo poniższy przepis zawiera malutką zmianę – w wersji na Halloween zjemy je z nadzieniem pomarańczowym :) Mięta kusiła okrutnie, ale okazja natrafiła się kolorystycznie dość jednoznaczna, a jednak lubię, kiedy barwa jedzenia z grubsza kojarzy się z tym, co się w nim znajduje. Grasshopper nadal pozostaje więc w spisie nazaśków, ale nie żałuję, bo ubaw przy dekorowaniu poniższego ciasta miałam przedni, a równie dobrej zabawy życzę i Wam! :)

11.4

Jeśli chcecie poczęstować dzieciaki (albo wyręczyć się nimi w dekorowaniu, choć uważam że dorosłym też się coś od życia należy ;), szczególnie że brakuje nam w Polsce tak fikuśnie obchodzonych świąt), możecie zastąpić likier smakowym syropem. Pamiętajcie jednak, że taki wariant może okazać się diabelnie słodki i warto pokombinować z proporcjami syropu i śmietanki. A zatem do dzieła!

11.111.2

11.3

Ciasteczkowy spód:

✔ 300g (27 szt.) ciasteczek Oreo z ciemnym nadzieniem
✔ 50g pokruszonej gorzkiej czekolady
✔ 50g miękkiego masła + odrobina do posmarowania formy

Formę do tarty o średnicy około 25cm smarujemy masłem. Dobrze by było wyposażyć się w taką z wyjmowanym dnem, które będzie można ostrożnie podbić gdy ciasto będzie gotowe do wyjęcia.

Wszystkie podane składniki mielimy na piasek w malakserze, efekt do złudzenia będzie przypominał nieco wilgotną ziemię. Wylepiamy nią dno i boki formy i odstawiamy do lodówki na czas przygotowania wypełnienia. Sam kolor w połączeniu z okazją już zaczyna robić upiorne wrażenie :)

Piankowa masa:

✔ 150g pianek marshmallow
✔ 125ml mleka 3,2%
✔ 100ml likieru pomarańczowego
✔ 400ml śmietanki kremówki 36%
✔ pomarańczowy barwnik

Pianki (najlepiej białe, w sklepach najczęściej można znaleźć biało-różowe Jojo, mi udało się niegdyś kupić bieluteńkie podczas tygodnia amerykańskiego w Lidlu) rwiemy na mniejsze kawałki, podgrzewamy wraz z mlekiem lekko mieszając. Pilnujemy, by się nie zagotowały – żelatyna zawarta w piankach straci swoje właściwości i nadzienie odpowiednio się nie zetnie podczas chłodzenia. Dodajemy likier, odstawiamy mieszankę do ostudzenia.

Ubijamy kremówkę, ale tylko do zgęstnienia, nie jak zazwyczaj na sztywno. Co za ulga, prawda? Nie może się nie udać ;) Dolewamy ostygłe mleko z piankami, mieszamy łyżką do połączenia. Stopniowo według uznania dodajemy pomarańczowego barwnika, całość mieszamy.

Masę przelewamy na schłodzony spód i odstawiamy do lodówki na przynajmniej 4 godziny, lub jeśli mamy taką możliwość – na całą noc.

Dekoracja:

✔ ok. 80g (8 szt.) ciasteczek Oreo z ciemnym nadzieniem

✔ 4 szt. ciasteczek Oreo przekrojonych na pół
✔ kilka szczypt kandyzowanej skórki z pomarańczy
✔ cukrowe kosteczki, dynie i nietoperze

Ciasteczka mielimy w malakserze, obsypujemy nimi równo stężałą już masę. Pozostałe 4 ciastka kroimy na pół (najlepiej je lekko „podpiłować”, docisnąć nóż i uderzyć dłonią w tępą stronę), wciskamy w piasek tak by imitowały płyty nagrobkowe (przepraszam, strasznie to brzmi jako element przepisu!). Podsypujemy je u podstawy skórką pomarańczową, układamy dynie, kosteczki i nietoperze. Cukrowe posypki rozkładamy na smętarzysku wedle uznania :)

11.13

Smacznego!

Bananowy torcik z obłędnym karmelem

10.12

Ostatnio wiele się działo, do tego stopnia że właściwie już nie pamiętam, kiedy naprawdę się wyspałam. Ale gorący okres już za mną i wreszcie udało mi się zajrzeć na bloga w innym celu niż obdarzenie go przepraszającym spojrzeniem. Kitek ze Shreka się chowa :) Ale do rzeczy.

Od dawna chodziła za mną ochota na taki bałaganiarski, mały torcik. Bez specjalnych wizualnych fajerwerków, do schrupania w domowym zaciszu, gdzie nikt nie ocenia ile kalorii masz na talerzu i jak ów talerz wygląda. Kocyk, kawka i karmel, karmel, masa przepysznego karmelu! Po prostu sama radość z prostego jedzenia. Ciasto jest bardzo treściwe i sycące, troszkę „fizycznie” przyciężkawe dla śmietankowej masy, ale efekt jest jak najbardziej zamierzony, a takie wypełnienie świetnie łagodzi słodycz sosu i bananów. Żeby było śmieszniej torciku po prostu nie da się chirurgicznie pokroić, ale w tym jego urok – wszystko ma wołać „zjedz mnie, natychmiast!”. Chyba podziałało, bo w trakcie konsumpcji w zumbowym gronie (ahoj, ekipo! :)) dostałam od koleżanki ofertę matrymonialną i być może obdarzono by mnie kolejną, gdyby druga z częstowanych dziewczyn nie była zajęta wyjadaniem karmelu prosto ze słoiczka ;)

10.310.7

Przepis na pound cake pochodzi ze strony Marthy Stewart, na sos karmelowy natomiast ze Smells Like Home.

10.11

Ciasto:

✔ 225g masła w temperaturze pokojowej + odrobina do nasmarowania formy
✔ 250 g mąki + odrobina do obsypania formy
✔ 200g cukru
✔ 4 duże jajka
✔ 2 łyżeczki ekstraktu z wanilii
✔ 1/2 łyżeczki soli

Tortownicę o średnicy 16cm smarujemy cienko masłem (zarówno spód jak i boki) i obsypujemy mąką, nadmiar mąki wytrzepujemy uderzając o boki formy. Piekarnik rozgrzewamy do 175°C.

Ubijamy masło z cukrem do powstania puszystej masy, wbijamy po jednym jajku, po każdym dokładnie miksując. Dodajemy ekstrakt z wanilii i sól. Zmniejszamy obroty miksera i stopniowo dosypujemy mąkę, składniki mieszamy tylko do połączenia. Ciasto powinno się piec przez około 50 minut, do suchego patyczka. Gotowe wyciągamy do ostudzenia, po kilkunastu minutach obracamy tortownicę do góry dnem i odstawiamy do całkowitego przestygnięcia. Kroimy na cztery blaty.

10.210.5

Karmel:

✔ 200g drobnego cukru
✔ 300ml śmietanki kremówki 36%
✔ nasionka z jednej laski wanilii
✔ 1/4 łyżeczki soli
✔ 1/2 łyżeczki ekstraktu z wanilii

Laskę wanilii rozcinamy wzdłuż, usuwamy z niej dokładnie nasionka i wrzucamy je do miseczki ze śmietanką. Do rondelka wsypujemy drobny cukier i wyrównujemy jego poziom, tak żeby mógł równomiernie topić się gdy będziemy podgrzewać go na średnim ogniu. Kiedy tylko cukier zacznie zmieniać konsystencję, powoli mieszamy go by się nie przypalił. Jeśli zacznie brązowieć, szybko zmniejszamy płomień, natomiast jeśli topi się zbyt wolno, mieszamy go jeszcze rzadziej pilnując, żeby zbyt mocno nie ściemniał. Kiedy osiągnie bursztynowy kolor i w pełni płynną konsystencję, koniecznie przywdziewamy rękawice kuchenne i zachowując bezpieczną odległość dodajemy do niego ostrożnie połowę śmietanki, zaczynając szybko mieszać. Może zajść gwałtowna reakcja, a część cukru w kontakcie z płynem zastygnie. Dodajemy resztę śmietanki, ekstrakt i szczyptę soli, znów wstawiamy rondelek nad średni płomień i powoli mieszamy do ponownego roztopienia cukru.

10.1

Z podanego przepisu wyjdzie średni słoiczek karmelu, można go przechowywać w lodówce przez miesiąc, a nadaje się on praktycznie do wszystkiego co słodkie – lodów, tostów, naleśników, ciast, a szczególnie smaczny jest odrobinę podgrzany :)

10.4

Pozostałe po usunięciu nasionek części laski wanilii można przełożyć do słoiczka z cukrem do wypieków – zyska cudny aromat, a co ważniejsze nie będzie potrzeby kupowania słynnego cukru wanilinowego, który koło waniliowego nawet nie leżał :)

Banany i śmietanka:

✔ masło do podsmażenia bananów
✔ 3 banany
✔ 1 łyżka brązowego cukru
✔ cynamon (do smaku, u mnie 3 spore szczypty)

✔ 500ml śmietanki kremówki 36%
✔ 2 łyżki cukru pudru
✔ 2 łyżki karmelu

Banany kroimy w plasterki. Kilkanaście z nich zostawiamy do dekoracji, resztę podsmażamy na maśle obsypując cynamonem i cukrem.

Porządnie schłodzoną śmietankę (można ją wcześniej wstawić na 15 minut do zamrażalnika) ubijamy na niskich obrotach. Kiedy się spieni i zacznie zwiększać objętość, dodajemy cukier puder i karmel, zwiększamy moc do maksimum.

Na każdą z warstw ciasta (również wierzchnią) nakładamy śmietankę i plasterki banana pamiętając, że na samą górę zostawiliśmy trochę nieprzysmażonych, świeżych kawałków. Każde piętro oblewamy hojnie karmelem :)

10.6

10.810.10

10.9

Smacznego!

10.1310.14

Dyniowe babeczki z serkiem kremowym

9.6

Wobec dyni miałam mieszane uczucia. To właściwie pierwszy sezon w którym w ogóle zachciało mi się po nią sięgnąć. Nigdy specjalnie mi jej nie brakowało, nie potrafię przywołać nawet jednej potrawy z dynią, która przewinęłaby się przez nasz rodzinny stół. Ba, po spróbowaniu darowanej zupy kategorycznie stwierdziłam, że dynia absolutnie wstępu do mojej kuchni nie ma i mieć nie będzie. Ale wiecie, presja otoczenia… ;) Tak naprawdę zaintrygował mnie rokroczny wysyp przepisów, który świadczył albo o zbiorowej halucynacji że to coś może faktycznie być jadalne, albo o tym, że jednak warto spróbować się przełamać i coś upichcić. A że niejadków najłatwiej przekupić słodyczami, stanęło na opcji deserowej.

9.10

9.11

Totalny brak doświadczenia w dyniowej systematyce poskutkował rozpaczliwym przebieraniem w marketowych koszach między patisonami, kabaczkami, dyniami ozdobnymi i Bóg wie czym jeszcze. Chyba wszystkim, co z wyglądu nie przypominało tego, z czym dynie by mi się kojarzyły (tak, przyznaję się, lampion z buźką ;)). Parę takich nabytków zdobi właśnie parapet (a co!) i w formie cyfrowej skrzynki znajomych, do których zdesperowana zwracałam się po pomoc w kwestii „czy to da się zjeść?”. Egzemplarz idealny znalazł się po dwóch dniach podczas przypadkowej wizyty w sklepiku osiedlowym – klasyczny przykład tego, że najciemniej jest pod latarnią. Przepis miałam już przygotowany, pozostało brać się do roboty :)

9.1

A zatem zapraszam dziś na pyszne babeczki dyniowe o wilgotnym, sycącym cieście z wyraźną nutą aromatycznych przypraw korzennych, udekorowane kremowo-maślaną masą o oryginalnym, znanym z Red Velvet Doroty smaku. Przepis na ciasto pochodzi od Tartelette, a efekt poskutkował zlikwidowaniem u mnie jednostki chorobowej zwanej dyniofobią :)

9.59.8

Uprzedzam zawczasu: będziemy potrzebować purée z dyni. Aby je przygotować, należy usunąć ze środka pestki i włókna tak, aby pozostał sam miąższ. Dynię można podzielić na mniejsze kawałki, ułożyć na folii aluminiowej skórą do góry i piec do miękkości w 200°C przez 40-60 minut (w zależności od wielkości kawałków). Upieczony miąższ bardzo łatwo oddzielić od skórki łyżką, trzeba go jeszcze odsączyć z wody i zmiksować na gładko blenderem. Gotowe purée można przechowywać w lodówce do tygodnia lub zamrozić.

9.2

Ciasto na 15 babeczek:
(piekłam je w niższych niż zwykle papilotkach)

✔ 85g miękkiego masła
✔ 175g cukru
✔ 2 jajka
✔ 215g purée z dyni
✔ 100ml mleka
✔ 140g mąki pszennej
✔ 1/2 łyżeczki cynamonu
✔ 1/4 łyżeczki imbiru
✔ szczypta gałki muszkatołowej
✔ 1 łyżeczka proszku do pieczenia
✔ 1/2 łyżeczki sody oczyszczonej
✔ 1 łyżeczka ekstraktu z wanilii
✔ szczypta soli

Przygotowujemy trzy miseczki. W największej z nich ucieramy masło z cukrem na gładką masę. Dodajemy po jednym jajku, po każdym miksując do połączenia składników. Do purée dolewamy mleko, dodajemy ekstrakt z wanilii. W osobnej misce mieszamy wszystkie pozostałe sypkie produkty – mąkę, przyprawy, proszek do pieczenia oraz sodę. Do maślanej masy dodajemy naprzemiennie małe porcje mieszanki dyni z mlekiem oraz suchych składników, miksujemy do uzyskania jednolitej konsystencji.

Papilotki napełniamy masą do około 2/3 ich wysokości. Pieczemy w 175°C przez 20-30 minut. Babeczki z wierzchu pozostaną nieco lepkie i wilgotne, nie oceniajmy ich gotowości na oko, ale metodą suchego patyczka. Upieczone należy od razu wyjąć z piekarnika i zostawić do całkowitego ostudzenia przed przystąpieniem do dalszej pracy.

9.3

9.4

Krem:

✔ 300g serka Philadelphia
✔ 100g miękkiego masła
✔ 200g cukru pudru
✔ 1 łyżeczka ekstraktu z wanilii

✔ drobinki cukru kandyz do posypania

Wszystkie składniki miksujemy na gładką masę, przekładamy do rękawa cukierniczego i pozostawiamy na jakiś czas do schłodzenia w lodówce. Udekorowane kremem babeczki posypujemy drobinkami kruszonego cukru typu kandyz. Zajadamy, chrupiemy, chwalimy dynię :)

9.7

9.9

Smacznego!

9.13

9.12

Płonący tort chałwowy

Obiecałam ostatnio, że będzie bardzo, wręcz obłędnie słodko. A to za sprawą pysznego tortu na kakaowym biszkopcie, przekładanego masą chałwową i pokrytego grubą warstwą bezy szwajcarskiej. Szykujcie kubki smakowe i… palniki :)

8.5

Taka bezowa dekoracja chodziła za mną od jakiegoś czasu, trzeba było tylko dobrać coś do środka. Trafiła się idealna okazja – urodziny Taty. A co Tata lubi najbardziej? Chałwę! Raz nawet przez swój przysmak wpakował się w lekko stresową sytuację.

Otóż parę lat temu, kiedy to mój Dawca Genów uświadomił sobie, że jest już bliżej niż dalej zmiany kodu z przodu z 4 na 5, postanowił wybrać się na badania kontrolne. Lekarzy dotąd unikał dość skutecznie, a że trzymał się w dobrej formie i nic mu specjalnie nie doskwierało, kompletnie nie był na bieżąco ze swoimi wynikami. I może lepiej gdyby tak zostało, bo omal nie wylądował w szpitalu z kosmicznym cholesterolem. Całe szczęście najpierw kazano mu powtórzyć badanie po paru dniach, a potem jakiś przytomny człowiek spytał go, co jadł wieczorem przed pobraniem krwi. No jak to co? Chałwę. I to nie niepozorny batonik wyłowiony w markecie przy kasie, tylko dobre pół opakowania normalnej, paczkowanej chałwy… Wybór wypieku dla kogoś takiego był oczywisty.

8.38.8

Tort jest wynikową przepisów na biszkopt z Kwestii Smaku, przełożenie z Moich Wypieków i podpatrzonej na pinterestowych zdjęciach bezy (link do instruktażu znajdziecie w przepisie). Do dzieła!

8.7

Biszkopt na trzy blaty:

✔ 7 jajek
✔ 220g cukru
✔ 85g kakao
✔ 115g mąki pszennej

Rozgrzewamy piekarnik do 170°C, przygotowujemy tortownicę o średnicy 26 centymetrów, wykładamy na dnie krążkiem papieru do pieczenia – boki zostawiamy suche i niczym nie osłonięte.

Oddzielone od żółtek białka ubijamy na niskiej mocy miksera przez około 2 minuty – do spienienia. Stopniowo zwiększając obroty zaczynamy dodawać małymi porcjami cukier, miksujemy przez kilka minut aż białka staną się bardzo gęste i błyszczące. Do masy dodajemy po jednym żółtku, po każdym miksując do dokładnego połączenia.

Przesiane razem kakao oraz mąkę dodajemy do ubitych jaj w trzech porcjach. Po wsypaniu każdej z nich delikatnie mieszamy masę szpatułką tak, aby piana nie opadła. Kiedy nie będzie już widać grudek, przelewamy ciasto do formy, wyrównujemy i pieczemy 35-40 minut sprawdzając gotowość do wyjęcia patyczkiem. Jeśli wychodzi z biszkoptu suchy, możemy wyjąć tortownicę i – uwaga! – rzucić nią o blat. Takie potraktowanie biszkoptu ma uwolnić pęcherzyki powietrza i zapobiec opadnięciu ciasta. Jako że posiadam tortownicę ze szklanym dnem, trochę się obawiałam uderzenia o blat, dlatego rzuciłam ją po prostu na przykryte kocem łóżko. Nie skłamię jeśli powiem, że na chwilę świat stanął, biszkopt bowiem postanowił wyskoczyć z tortownicy i w zwolnionym tempie na moich przerażonych oczach wpaść z powrotem. Wcelował dobrze, katastrofy nie było. Uff. Pozostało tylko zostawić go do ostygnięcia i rozkroić na trzy blaty.

Masa chałwowa:

✔ 2 wyparzone jajka
✔ 125g masła w temperaturze pokojowej
✔ 125g margaryny w temperaturze pokojowej
✔ 140g drobnego cukru (można mniej, masa jest szalenie słodka)
✔ 350g dowolnej chałwy
✔ 2 łyżki likieru kawowego

✔ 2 duże łyżki konfitury wiśniowej
✔ łyżka kakao

Jajka koniecznie musimy najpierw dokładnie wyszorować i wyparzyć, czyli po prostu zanurzyć je w szklance wrzątku na jakieś 10 sekund. Tak przygotowane wbijamy do miseczki, która nadaje się do użycia w kąpieli wodnej. Dodajemy cukier i zaczynamy na wysokich obrotach miksować je nad gotującą się wodą. Wrzątek nie powinien dotykać dna naczynia, w którym są jajka z cukrem. Kiedy masa stanie się puszysta, gęsta i znacznie zwiększy swoją objętość, odstawiamy ją do ostudzenia do większej miski wypełnionej zimną wodą.

Ostygłą masę dodajemy porcjami do masła i margaryny. Cały czas miksujemy, na sam koniec dodajemy likier i posiekaną chałwę. Mieszamy całość szpatułką i odstawiamy do lodówki do stężenia.

W tym czasie rozpuszczamy w małym rondelku konfiturę wiśniową, wsypujemy do niej łyżkę kakao i dokładnie mieszamy.

Dwa pierwsze blaty tortu skrapiamy konfiturą, smarujemy  po równo masą. Nakrywamy trzecim blatem. Pod brzegi ciasta podkładamy papier do pieczenia, który zapobiegnie wybrudzeniu tortownicy przy ozdabianiu go bezą.

Beza szwajcarska:

✔ 4 duże białka
✔ 200g cukru
✔ 1/2 łyżeczki ekstraktu z wanilii

W kąpieli wodnej przez kilka minut mieszamy białka z cukrem i ekstraktem pilnując, aby cukier nie osadzał się na brzegach miski i całkowicie się rozpuścił. Kiedy to nastąpi, zdejmujemy miskę z garnka z wodą i ubijamy białka przez około 8 minut, aż osiągną temperaturę pokojową i staną się bardzo gęste i błyszczące. Smarujemy tort większością piany, po czym zanurzamy w pozostałej części palce i staramy się tak – wybaczcie słowo, nic mi nie przychodzi do głowy – dziabać tort, żeby z ciągnących się białek powstały kolce. Kiedy efekt będzie zadowalający, wyjmujemy ostrożnie spod tortu papier, uzupełniamy ubytki i chwytamy za palnik by przypiec bezę z wierzchu. Nie martwcie się, jeśli kolce będą zajmować się ogniem – to część zabawy :) Jak mniej więcej ma wyglądać cały proces zobaczycie tutaj. Ubaw gwarantowany :) Podajemy, zbieramy ochy i achy. Gotowe.

Smacznego!

 8.2

8.1

8.48.6

Wyzwanie i ze światłem dziennym potyczki

Dziś będzie nietypowo, bez przepisu. A wszystko przez Monikę, która po publikacji zdjęć miętowych babeczek napisała:

„Czy Szanowna Pani może zacząć fotografować np. tuńczyka z wody z pomidorami albo twaróg chudy z rzodkiewką? To by było wyzwanie i do tego znacznie zmniejszyłabyś ryzyko, że jak Cię spotkam to będzie lanie za znęcanie się nad niewinnymi głodnymi ludźmi ;)”

Do kompletu na mojej facebookowej tablicy Monia przypięła „przecudnej” urody zdjęcie nieokreślonej barwy tuńczyka utopionego w mętnym płynie. Chyba nie muszę tłumaczyć, czemu się tu nie znalazło, liczę na Waszą wyobraźnię ;)

7.10

O dziwo tym mało apetycznym akcentem Monika skłoniła mnie do czegoś, co miałam już dawno w planach, ale zabierałam się do tego jak do jeża. Zdjęcia w świetle dziennym. Tak się złożyło, że dotąd miałam możliwość korzystania z dobrodziejstw lampy z softboxem i bez takiego wyposażenia nie zabierałam się nawet do roboty będąc przekonana, że w miejscu w którym mogę zaaranżować sceny do zdjęć w życiu nie złapię wystarczająco dużo światła. Przeglądałam więc w cichym zachwycie książkę i bloga Tartelette i wzdychałam tęsknie do robionych na ciemnych tłach zdjęć Lindy z Call Me Cupcake. No bo jak z lampą uzyskać domowy, rustykalny klimat z miękkimi cieniami, skorodowanymi blachami i czarnymi deskami? Właśnie. Kciuki w dół.

7.2

Okazało się że nie taki diabeł straszny i ze światłem dziennym da się bardzo przyjemnie pracować. Lampę z softboxem zastąpiły cienka zasłona i biało-srebrna blenda, pojawił się tylko jeden mankament w postaci statywu. Nie przepadam, bo przy każdej zmianie koncepcji szarpię się z nóżkami albo nabijam na uchwyty, ale coś za coś, pstrykanie z drabiny też da się ogarnąć ;) W każdym razie absolutnie zakochałam się w plastyce i delikatności naturalnego oświetlenia. Do tego te szczegóły, każde załamanie powierzchni wydobyte na własny sposób – bajka!

7.37.5

Nie wiedziałam co z tego wyjdzie, wyzwanie Moniki było więc idealne, jako że nie wymagało długich przygotowań których efekty mogłyby nie zostać zbyt dobrze udokumentowane. Poza tym przyznaję się bez bicia, że miałam niezły ubaw na samą myśl o wysłaniu odpowiedzi na ten przecież nie zobowiązujący do niczego żarcik o paskudnym tuńczyku. Jest więc i rybka z pomidorami, i ser z rzodkiewką. Challenge accepted, mission accomplished :) A co najważniejsze – nowe możliwości, nowe umiejętności, nowa jakość. Wszystkich cierpiących na nadmiar cukru we krwi po ostatnich wpisach zapraszam do przejrzenia kilku zdjęć. Następnym razem będzie słodko. Bardzo, ale to bardzo słodko…

7.1

7.11

7.47.6

7.7

7.8

7.9

7.127.13