Podwójnie czekoladowe babeczki miętowe

6.7

Pierwsze podejście do tych babeczek nie skończyło się dobrze. Miałam słaby dzień i trochę za dużo na głowie, więc od samego początku wszystko co tylko mogło pójść nie tak, po kolei odhaczało się z Czarnej Listy Pecha Absolutnego. Ciasto wyszło za suche, w nadzieniu zrobiły się grudki (nigdy więcej przypadkowych czekolad!), a kremówka strzeliła focha i kategorycznie odmówiła trzymania formy. Ja załamana i zła, rodzina zachwycona, bo choć raz udało się przeprowadzić konsumpcję bez czekania „aż Aga wreszcie zrobi zdjęcia” (choć do wyrywania solenizantom tortów po odkrojeniu pierwszego kawałka chyba już przywykli…). Całe szczęście cała partia w miarę szybko zniknęła i zamiast patrzeć na te małe potworności (czasem brakuje mi w języku polskim fikuśnych słów, tu idealnie pasuje zasłyszane w jednym programie urocze monstrosity), mogłam się wziąć za szukanie lepszych przepisów. Właściwie to cud, że podejście drugie miało miejsce, bo jako rasowy Skorpion zamiast się smucić, wywołuję Piekło na Ziemi, a przy odrobinie szczęścia świadkowie mogą się załapać na darmowy pokaz działania grawitacji na sprzęty kuchenne i pochichotać słuchając jak próbuję kląć bez użycia przekleństw (ale dyskretnie, bo wiecie: Piekło na Ziemi i te sprawy, tak tylko przypominam). No ale trzeba było wziąć parę wdechów i znaleźć lepsze zastosowanie dla pudełka After Eight, niż pochłonięcie ich dla samego jedzenia czekoladek, prawda? ;)

Skorzystałam z nieco zmodyfikowanego przepisu Nigelli na babeczki espresso („Jak być domową boginią”, str. 198; strzał w dziesiątkę – wyszły pyszne, ciężkawe i na pewno nie suche jak poprzednie), przepisu na polewę do murzynka od Doroty i mniej więcej pożyczonych od Viridianki proporcji na krem.

A zatem do rzeczy – After Eight! Mięta i czekolada, absolutny klasyk wieczorową porą. W wersji leciutko alkoholowej dla chętnych, lub z syropem miętowym dla tych, którym z procentami nie po drodze.

6.86.2

6.1

 Ciasto na 12 babeczek:

✔ 125g miękkiego masła
✔ 125g ciemnego cukru muscovado
✔ 2 jajka
✔ 125g mąki pszennej
✔ 1 łyżeczka proszku do pieczenia
✔ 2 łyżki kakao
✔ 50g mlecznej czekolady
✔ 2 łyżki mleka

Piekarnik rozgrzewamy do 200°C, przebieramy witkami z niecierpliwości, bo przepis jest błyskawiczny, a babeczki będą się piec tylko 15-20 minut.

W kąpieli wodnej roztapiamy mleczną czekoladę. Ucieramy masło z cukrem, dodajemy po jednym jajku po każdym miksując mieszankę. Dosypujemy mąkę, proszek do pieczenia i kakao, miksujemy na gładko. Na samym końcu dodajemy jeszcze płynną czekoladę i mleko. Pieczemy babeczki do suchego patyczka, od razu wyjmujemy z piekarnika i studzimy na kratce. Było błyskawicznie? :)

Nadzienie:

✔ 2 łyżki masła
✔ 4 łyżki cukru
✔ 3 łyżki kakao
✔ 5 łyżek śmietanki kremówki 36%

Roztapiamy masło, dodajemy pozostałe składniki i mieszamy do dokładnego połączenia. Chwilę podgrzewamy na małym ogniu. Kiedy nadzienie będzie stygło, wycinamy w babeczkach niewielkie zagłębienia – świetnie w tym celu sprawdza się drylownica do jabłek. Z papieru do pieczenia robimy rożek (albo używamy szprycy, w każdym razie rękaw cukierniczy moim zdaniem odpada – za dużo by się zmarnowało) i wyciskamy polewę do wyciętych otworków.

Krem:

✔ 150ml śmietanki kremówki 36%
✔ 250g mascarpone
✔ 1 łyżka cukru pudru
✔ 3 łyżki likieru lub syropu miętowego
✔ siekane listki mięty
✔ zielony barwnik spożywczy

✔ 6 czekoladek After Eight
✔ całe listki mięty

Siekamy bardzo drobno małą garść listków mięty, czekoladki kroimy po skosie na pół. Bardzo zimną śmietankę (można ją wcześniej schłodzić 15 minut w zamrażalniku) ubijamy zaczynając od niskich obrotów miksera, po pewnym czasie zwiększając je do maksimum. Dodajemy mascarpone i cukier puder, miksujemy na małych obrotach do połączenia. Masę dzielimy na dwie części, do jednej wsypujemy tylko siekane liście mięty, do drugiej dodajemy likier/syrop i odrobinę barwnika.

Teraz zaczyna się fajna część, czyli wyciskanie dwóch kolorów na raz :) Chyba najszybciej będzie, jak podzielę się z Wami tutorialem (o wielki Pintereście!), o tu! Przygotowujemy dwa arkusze folii spożywczej, na każdy z nich wykładamy w miarę wąską strużką porcję kremu. Zawijamy i skręcamy ciasno końce, jak w cukierku. Wkładamy oba pakunki do rękawa cukierniczego i przeciągamy przez tylkę końce folii. Jeśli tak jak ja zrobiliście za szerokie woreczki z masą i chwilę szarpaliście się z rękawem, włóżcie go na kilka minut do lodówki lub zamrażalnika – o wiele lepiej pracuje się na naprawdę mocno schłodzonym kremie. Gotowi? Obcinamy wystające z tylki końce i wyciskamy, wyciskamy, wyciskamy… Dekorujemy połówką czekoladki i listkiem mięty.

6.4

6.36.5

Smacznego!

6.9

6.6

Lekki tort malinowy ze śmietanką i pistacjami

Urodziny w moim domu od zawsze kojarzyły się z tortem orzechowym. Z łuskaniem przez parę dni orzechów zbieranych w ogrodzie, wyjadaniem maślanej masy z miski i licytacją, kto dostanie najfajniejszy, wykrojony szklanką ze środka kawałek. W ostatnich latach trochę odeszliśmy od tej tradycji, głównie z powodu chronicznego braku czasu i chętnych do walki z łupinkami.

Mimo, że nigdy nie miałam do czynienia z tortami od kuchni, wiosną postanowiłam wskrzesić zwyczaj prawdziwego celebrowania urodzin, a okazja była zacna, jako że Mama świętowała okrągłą rocznicę. Oczywiście mówimy o 20. :) Wiedziałam, że orzechowego cuda dorównującego pierwowzorowi wyczarować się nie uda, wygrzebałam więc przepis na Red Velvet – a co!, nawet jeśli nie wyjdzie, niech się dziwią czemu ciasto wygląda jak wygląda. Poniekąd się udało – było przepyszne, wizualnie też się podobało, ale moje wewnętrzne, wypaczone oglądaniem blogów kulinarnych moi łkało na widok wybrzuszonego, koślawego wytworu przywodzącego na myśl scenę z „Harry’ego Pottera”, w której Hagrid wyznaje…

„Mam coś dla ciebie. Usiadłem na tym, ale da się zjeść.”

Uhh, dokładnie. A i tak ten jego nieszczęsny tort wyglądał lepiej… Dlatego przy następnej okazji, uzbrojona w znalezione na Pintereście instruktaże, kilka opakowań pistacji (i znowu łuskanie!) i pokłady cierpliwości, jakimś cudem poskładałam równiutki i szalenie smaczny tort malinowy. Był tak lekki, wdzięczny i świeży, że teraz tylko czekam na okazję, żeby móc zrobić go ponownie. Re-we-la-cja!

5.9

5.15.6

5.3

Genialny przepis pochodzi od Asi z Kwestii Smaku.

Biszkopt na trzy blaty:

✔ 7 jajek
✔ 165g cukru
✔ 170g mąki pszennej
✔ 65g mąki ziemniaczanej
✔ czerwony barwnik spożywczy

Rozgrzewamy piekarnik do 170°C, przygotowujemy tortownicę o średnicy 26 centymetrów, wykładamy na dnie krążkiem papieru do pieczenia – boki zostawiamy suche i niczym nie osłonięte.

Oddzielone od żółtek białka ubijamy na sztywno. Zaczynamy od średnich obrotów, po ok. 4 minutach stopniowo zwiększamy moc do maksymalnej, równocześnie dodając w małych porcjach cukier. Po 2-3 minutach piana powinna być bardzo sztywna i błyszcząca. Dodajemy po jednym żółtku nie przestając miksować, po czym na niskich obrotach rozprowadzamy równomiernie niewielką ilość czerwonego barwnika. Do jednego naczynia przesiewamy mąkę pszenną i ziemniaczaną, po czym dodajemy je do białek w trzech porcjach, każdą miksując na niskiej mocy przez kilka sekund – tylko tyle, ile wystarczy do zlikwidowania grudek mąki.

Masę przelewamy do tortownicy, wyrównujemy z wierzchu i wstawiamy na ok. 35 minut do piekarnika. Gotowość ciasta do wyjęcia sprawdzamy patyczkiem, jeśli wychodzi z biszkoptu suchy – przekładamy tortownicę na kratkę. Po 10 minutach kładziemy ją do góry dnem na płaskiej powierzchni wyłożonej papierem do pieczenia. Po upływie godziny, gdy biszkopt przestygnie, możemy brać się za jego krojenie na trzy blaty.

Żeby uniknąć wyglądu à la Red Velvet wspomnianego na początku notki, nie odwracam już ciasta do pierwotnej pozycji – tak na wszelki wypadek, bo po wyjęciu z piekarnika biszkopt i tak okazał się całkiem równy. Jeśli macie wprawę, możecie do wycięcia blatów użyć długiego noża, jeśli wolicie być pewni stałej wysokości warstw, skorzystajcie z uchwytu ze struną do krojenia lub… nitką. Nie wiem czy to mój pech, czy taka uroda tych ustrojstw, ale zawsze trafiają mi się potwornie tępe struny, którymi dość trudno przebić się przez boki ciasta. W każdym razie postarajcie się uzyskać jak najbardziej równe warstwy, tak aby móc po prezentacji tortu usłyszeć że… skleciło się do zdjęć model ze styropianu (autentyk!) ;)

Masa i dekoracja:

✔ 10 łyżek konfitury malinowej (u mnie cały standardowy słoiczek)
✔ 5 łyżek białego rumu

✔ 750ml śmietanki kremówki 36%
✔ 3 łyżki cukru pudru
✔ 2 fixy do ubijania śmietany
✔ ok. 80g świeżych malin

✔ 250g siekanych pistacji

Porcję konfitury malinowej podgrzewamy do rozpuszczenia wraz z trzema łyżkami rumu i odstawiamy do przestygnięcia.

Porządnie schłodzoną śmietankę (można ją wcześniej wstawić na 15 minut do zamrażalnika) ubijamy na niskich obrotach. Kiedy się spieni i zacznie zwiększać objętość, dodajemy fixy zmieszane z cukrem pudrem i zwiększamy moc do maksimum. W przepisie Asi występowała rozpuszczona w wodzie żelatyna, bez bicia przyznaję się, że stchórzyłam przed takim rozwiązaniem. Tort przygotowywałam w nieludzkim upale i bałam się, że popłynę wraz z masą i trzeba będzie biec do sklepu po nowe zapasy śmietanki. Całe szczęście fixy świetnie sobie poradziły.

Wykładamy przeznaczony na spód blat na tortownicę. Skrapiamy połową ostudzonej, ale nadal w miarę płynnej konfitury, rozsmarowujemy równo 1/3 przygotowanej śmietanki. Obsypujemy malinami, jeśli boimy się, że masa może na brzegach ugiąć się pod ciężarem kolejnego piętra, stosujemy mały trik. Największe i najtwardsze maliny zostawiamy do ułożenia na brzegach ciasta. Po prostu wciskamy je w śmietankę na samych brzegach, zadziałają jak kolumny podtrzymujące wyższe warstwy. Dokładnie te same czynności co uprzednio wykonujemy po nałożeniu drugiego blatu. Ostatni biszkopt skrapiamy rumem i smarujemy śmietanką pamiętając, by zostawić jej trochę na boki. Jeśli zależy Wam na idealnym efekcie, to ostatni moment na uzbrojenie się w cierpliwość i skorzystanie z tego bardzo pomocnego instruktażu. Po uporaniu się z kremówką zostało już tylko dociskanie dłonią do boków posiekanych pistacji, uff. Gotowe! Tort może spokojnie powędrować do lodówki. Po krótkim czasie będzie gotowy do podania.

5.25.4

Reakcje po rozkrojeniu – bezcenne!

5.8

Tort jest naprawdę lekki i nie powoduje zasłodzenia do nieprzytomności, zanim się obejrzałam zamiast z chirurgiczną precyzją wykrojonego kawałka, na talerzyku zostało wygryzione przez Solenizanta „coś”.

5.10

Niedobitki malin, śmietanki i pistacji zdecydowanie się nie zmarnowały:

5.7

5.5

Smacznego!

Orzeźwiające kruche tartaletki z lemon curd

Wróciły upały! Jeśli w tej chwili część z Was ma torsje, podsuwa bliżej armię wentylatorów lub lamentuje „o nie, dość!”, nie ma strachu – nie będę wychwalać żaru, skwaru i tym podobnych, choć strasznie mnie korci na przekór ostatnim trendom narzekania że latem jest ciepło, a zimą zimno. Mam za to sposób na małe, słodko-kwaśne orzeźwienie. Myślę, że jeśli lubicie kruche ciasto, warto na chwilę przeprosić się z piekarnikiem, a gryz ciacha ze schłodzonym i przyprawiającym o gęsią skórkę lemon curd wynagrodzi parę minut przy rozgrzanym rondelku. Do tego truskawki, maliny, ubita śmietanka i trochę syropu owocowego. Mniam!

4.6

Przepis na kruche ciasto pochodzi z bloga Moje Wypieki, natomiast na lemon curd z Kwestii Smaku.

4.14.2

Kruche ciasto:

✔ 250g mąki pszennej
✔ 100g zimnego masła w kawałeczkach
✔ 100g cukru pudru
✔ 2 jajka w temperaturze pokojowej
✔ szczypta soli

W stożku uformowanym z przesianej mąki robimy zagłębienie na pokrojone masło, cukier puder i sól. Delikatnie rozcieramy składniki starając się nie rozgrzać za bardzo masła dłońmi. Jeśli czujecie wenę, możecie na tym etapie składaniki siekać nożem. Po chwili wbijamy jajka i szybko wyrabiamy ciasto. Gotowe formujemy w kulę, lekko spłaszczamy i zawijamy w folię spożywczą. Ciasto powinno chłodzić się w lodówce przez 1-2 godzin.

Po tym czasie dość cienko je wałkujemy, podsypując w razie potrzeby mąką. Nasmarowane masłem foremki wykładamy warstwą ciasta, dociskamy, docinamy brzegi, kilkakrotnie nakłuwamy lekko dno widelcem. Spody tartaletek powinny się piec w 180°C przez ok. 15-20 min. Przed nałożeniem masy z lemon curd musimy dać im ostygnąć.

Lemon curd:

✔ 3 jajka
✔ 3 cytryny (i sok, i starta skórka)
✔ 100g cukru pudru
✔ 100g zimnego masła w kawałeczkach

Jajka roztrzepujemy w miseczce do połączenia białek z żółtkami. Mieszamy dokładnie z sokiem z cytryn, skórką z nich otartą i cukrem pudrem. Wlewamy mieszankę do niewielkiego rondelka (można również przygotowywać lemon curd w kąpieli wodnej – na garnku z gotującą się wodą ustawiamy odporne na działanie wysokich temperatur naczynie, ale tak, żeby jego dno nie dotykało wrzątku), lekko podgrzewając mieszamy i koniecznie pilnujemy, by jajka się nie ścięły. Dodajemy po kawałku masła, cały czas mieszając. Po jego rozpuszczeniu krem odstawiamy do ostudzenia i stężenia. Jeśli zależy nam na aksamitnej konsystencji, przecieramy przez drobne sito – tak też zazwyczaj robię i bardzo polecam poświęcić kilkadziesiąt sekund dla przyjemniejszego efektu. Wykładamy na ostudzone spody i chowamy tartaletki do lodówki pozwalając lemon curd zgęstnieć.

Dekoracja:

✔ 300ml śmietanki kremówki 36%
✔ 2 łyżki cukru pudru

✔ garść malin
✔ odrobina cukru pudru do smaku

✔ krojone na pół truskawki
✔ listki mięty

Bardzo zimną śmietankę (można ją wcześniej wstawić na 15 min. do zamrażalnika) ubijamy zaczynając od miksowania na niskich obrotach. Gdy śmietanka się spieni zwiększamy moc do maksimum. Dodajemy po łyżce cukru pudru. Wykładamy na tartaletki łyżką, lub wyciskamy spiralę z rękawa cukierniczego.

Maliny rozgniatamy widelcem, jeśli to koniecznie dodajemy do smaku symboliczną ilość cukru pudru. Powstałym sosem lekko polewamy pierzynkę ze śmietanki. Dekorujemy truskawkami i miętą, a potem jemy, jemy, jemy… :)

4.4

4.34.5

4.7

Smacznego-cytrynowego!

Pizza Łasucha

Dobrych parę lat temu moja Mama zapoczątkowała weekendową tradycję pieczenia pizzy dla całej rodziny. Być może to miły skutek uboczny rokrocznych wizyt we Włoszech (dopóki Rodzice nie przekonali się, że jednak dwie godziny w samolocie to opcja ciut lepsza niż dwadzieścia godzin w samochodzie, nie było nawet sensu pytać „a gdzie w tym roku na wakacje?”), a może pomysł pojawił się zupełnie znienacka, fakt faktem że pizza przyjęła się u nas tak dobrze, że jeśli do niedzielnego wieczora nikt nie został wezwany do kuchni do pomocy przy obieraniu pieczarek, wpadaliśmy w malutką żałobę i zabieraliśmy się do robienia kanapek z tak entuzjastycznym nastawieniem, jakby naprawdę nie było już nic podlejszego do zjedzenia na tym łez padole. Pizzę bowiem zawsze bez wyjątku przygotowywała Mama. Zawsze, dopóki w ostatniego Sylwestra nie dostaliśmy TEGO przepisu.

W tym miejscu należą się wielkie podziękowania dla Asi i Pawła, którzy podzielili się przywiezionym wraz z włoską mąką przepisem na świetne ciasto i pokazali, jak wiele traciliśmy rzucając na wierzch jedynie parę standardowych dodatków. Asia, zwana dalej Łasuchem :), dała zielone światło niniejszej notce, za co jej jeszcze raz ślicznie dziękuję :)

Nasza domowa pizza wyglądała zazwyczaj tak: modyfikowane co jakiś czas ciasto, nieśmiertelny zestaw pieczarki, szynka, ser i może coś-tam jeszcze na wierzchu, ale bez szaleństw. No i u części domowników ketchup, żadna oliwa, tylko ketchup. Widać, że mamy w domu wybrednego niejadka (pozdrowienia, Brat!)? Oj, widać. Mimo to i tak było smacznie, a weekend kojarzył się z oczekiwaniem na popiskiwanie piekarnika. Od czasu pamiętnego Sylwestra, podczas którego nakarmiono mnie tak zacnie, że tuż przed północą zległam na posadzce w stanie błogiego przejedzenia nie za bardzo się przejmując czy dam radę się podnieść na fajerwerki, coweekendowa pizza prezentuje się mniej więcej tak:

3.1

Pozycja zdecydowanie dla tych, którzy nie przepadają za przesadnie puchatymi pizzami, którymi można się najeść po poskubaniu jednego kawałka, zanim przebiją się jakiekolwiek smaki. Ciasto jest średniej grubości, z przyjemnie chrupiącymi brzegami, ale nie twarde.

3.5

To co, do rzeczy?

Ciasto na dwie duże blachy:

✔ 500g mąki pszennej
✔ 10g soli
✔ 2 łyżki oliwy z oliwek
✔ 25g świeżych drożdży rozpuszczonych w niedużej ilości ciepłej wody
✔ do 300ml ciepłej wody

Do miski mogącej pomieścić dwukrotność składników przesiewamy mąkę wraz z solą. Dodajemy rozpuszczone drożdże i oliwę. Zaczynamy mieszać płynne składniki z mąką, dodając stopniowo wody. Absolutnie nie wlewamy całej wody na raz, mąka ma „humory” i najczęściej nie potrzebujemy całych 300ml. Wyczucie momentu w którym ciastu nie potrzeba więcej płynu nie jest trudne – mamy je wyrabiać ok. 10 minut, możemy więc działać bez pośpiechu. W tym czasie masa powinna uzyskać przyjemną w dotyku konsystencję, lekko klejącą się do palców, ale już zbierającą fragmenty ciasta z brzegów miski. Po uformowaniu nie klejącej się już kuli, miskę przykrywamy ściereczką i odstawiamy w ciepłe miejsce. Po godzinie powinniśmy zastać wyrośniętego dwa razy potwora.

W czasie gdy ciasto będzie rosło, przygotowujemy…

Dodatki (do wyboru, do smaku, jeśli podałam ilość to dlatego, że wydaje mi się maksymalna):

✔ ok. 6 łyżek sosu pomidorowego
✔ oregano
✔ miseczka pieczarek
✔ mozzarella starta lub w plastrach
✔ szynka parmeńska lub szwarcwaldzka
✔ salami
✔ pół bakłażana
✔ 1/3 papryki czerwonej
✔ oliwki
✔ łyżka kaparów
✔ gruszka
✔ krążek sera pleśniowego
✔ pół torebki świeżego szpinaku, część do podsmażenia, niewielka część do dekoracji
✔ oliwa do podsmażenia bakłażana, papryki i szpinaku, oraz wysmarowania blach i skropienia pizzy

Dużo się dzieje, prawda? Ale nie ma strachu, nawet jeśli najdzie Was ochota na spróbowanie wszystkiego, to o ile nie będziecie dodawać składników pełnymi garściami, nie skończycie z rozmokłym plackiem pod gotowanymi warzywami. Mamy ciasta na dwie blachy, więc nic nie stoi na przeszkodzie przygotowania paru wersji smakowych. Osobiście unikam pieczarek jak ognia – po diecie i latach jadania pizzy z pieczarkami nastąpiło tzw. zmęczenie materiału, a i tak według mnie pizza z nimi jest zbyt mokra, podsypuję więc nimi tylko części dla chętnych. Ale po kolei.

Co kroimy w plasterki bądź krążki? Obrane pieczarki wraz z nóżkami. Mozzarellę, jeśli wolimy taką od startej (sugeruję zostawienie paru plastrów do stopienia na wierzchu). Salami, oliwki, gruszkę i ser pleśniowy. Ten ostatni możemy także artystycznie porwać palcami ;) Paprykę kroimy na niewielkie kawałki. Kaparki trochę rozdrabniamy, jako że są dosyć słone i w za dużych dawkach ich smak za bardzo dominuje (pamiętajcie o soli w samym cieście). Na patelni grillowej podsmażamy na oliwie osobno: plastry bakłażana, paprykę, umyte liście szpinaku (do zredukowania).

Przygotowanie:

Rozgrzewamy piekarnik do maksymalnej temperatury, ustawiając program z dolną grzałką. Przygotowujemy dwie półki z kratą, zaczepiamy je najniżej jak możemy.

Po wyjęciu wyrośniętego ciasta z miski wyrabiamy je przez chwilę na lekko podsypanej mąką stolnicy. Dzielimy na dwie części, rozciągamy i wałkujemy na pożądany wymiar. Przekładamy na posmarowane cieniutką warstwą oliwy (można ją rozprowadzić ręcznikiem papierowym, ma być naprawdę odrobina! inaczej ciasto będzie się ślizgać) blachy. Pędzelkiem rozsmarowujemy cienką warstwę sosu pomidorowego, obsypujemy oregano. Wykładamy pieczarki (nie za grubo, pamiętajcie o wilgoci), posypujemy mozzarellą. Rozkładamy plastry bakłażana, salami lub szynkę, obsypujemy pizzę oliwkami, kaparkami, kawałkami szpinaku i papryką. Rozkładamy plastry gruszki i przykrywamy je serem pleśniowym. Na bakłażanie, salami, szpinaku (czyli wszystkich składnikach, które mogą się zbyt mocno przypiec, po ludzku mówiąc – przypalić w piekarniku) układamy pozostałe fragmenty mozzarelli.

 Asia i Paweł zalecają pieczenie każdej pizzy osobno na najniższej półce (lub w idealnych okolicznościach przyrody – na kamieniu) w 300°C przez 10 minut. Ja przez ograniczenia mojego piekarnika i wyglądające z salonu głodne buzie piekę obie pizze na raz, w temperaturze 250°C. Po 7 minutach zamieniam blachy miejscami i piekę przez kolejne 7 minut.

Gotowe pizze można obsypać świeżymi liśćmi szpinaku bądź rukolą, skropić do smaku oliwą. Ketchup zabroniony ;) Smacznego!

3.43.3

3.2

Dzień dobry, ale o co chodzi?

„Witaj świecie!” sugeruje WordPress, i w sumie dobrze, bo kompletnie nie wiem od czego zacząć.

Po pierwsze i najważniejsze: absolutnie nie będzie to blog kulinarny w pełnym tego słowa znaczeniu. Do gotowania mam niestety dwa razy więcej lewych rąk niż przeciętny dzierżyciel kuchennych utensyliów, o podziwianych przeze mnie Alchemiczkach (bo póki co po prawej stronie bloga królują same Panie, zobaczymy co będzie w przyszłości :) ) już nawet nie wspominając. Przepisy w znakomitej większości będą opatrzone linkami do Źródeł znacznie mądrzejszych i bieglejszych w sztuce kulinarnej ode mnie. Jeśli pojawi się chociaż prosta modyfikacja przepisu, to znak, że właśnie otwiera się u mnie w domu szampana ;)

„To o co właściwie chodzi?”

Ano, chodzi o fotografię. I to nie byle jaką, bo w założeniu powodującą niekontrolowany ślinotok, lub chociażby delikatny, radosny podskok żołądka.

Jedzenie nie kaprysi, pozuje wdzięcznie i w większości przypadków cierpliwie. Odpowiednia oprawa, światło i voilà!: kubki smakowe buszujących po blogach, Pintereście, biedaków umęczonych dietą lub po prostu kulinarnych koneserów mogą zacząć swobodnie szaleć.

Dopóki z dnia na dzień nie usunęłam z jadłospisu wszystkiego co słodkie lub kojarzące się z błogim poklepywaniem się po pełnym brzuszku, odróżniałam co najwyżej muffina od cupcake’a. Nawet nie pamiętam jak to się stało, że w czasie kiedy na talerzu lądowało smętne jajko w towarzystwie jeszcze smutniejszego tuńczyka w sosie własnym, trafiłam na doskonale znane polskim foodies Moje Wypieki Doroty. I w tym miejscu, niecałe 19 miesięcy i 23kg temu, pojawia się ten mityczny grom z jasnego nieba. Klikam przepis za przepisem, nie do końca rozumiejąc co z czym i dlaczego, ale chłonąc każdą fotografię z większą uwagą niż japońska wycieczka arrasy na Wawelu ;) Żeby było śmieszniej wcale nie chodziło o jedzenie samo w sobie. Jakość, klimat, pomysłowość, dekoracja… wszystko sprawiło, że nawet rzeczy za którymi na co dzień nie przepadam, stały się szalenie atrakcyjne i trafiły na listę „na zaś”. Ów nazasiek rozrasta się obecnie do niebotycznych rozmiarów na moim Pintereście.

Po wizycie na blogu Doroty jeszcze parę takich gromów solidnie uderzyło w moje przegłodzone serduszko, aż w ręce wpadła książka Hélène Dujardin, czyli niejakiej Tartelette. Coś niesamowitego dla osoby tak jak ja od dawna zainteresowanej fotografią, ale zbyt leniwej żeby porządnie rozwinąć się w tym kierunku i zrozumieć niektóre zależności rządzące sprzętem. Hélène w śmiesznie prosty i czytelny sposób w ciągu kilkunastu minut przedstawiła mi to, czego nikt wcześniej nie był w stanie jasno wytłumaczyć. Znacie to uczucie, kiedy pytacie o jakieś zagadnienie techniczne, rozumiecie trzy pierwsze słowa, po czym gdzieś-tam-w-umyśle pojawia się ciemna, gęsta chmura, mrugacie niby z zainteresowaniem do mówcy, a tak naprawdę słyszycie „…i wtedy jak to ustawisz, musisz bla, bla, bla”? Nie? Kurczę, bo ja znam aż za dobrze ;) Sęk w tym, że nagle kolorowy, a czasem nostalgiczny świat fotografii kulinarnej łypnął okiem, zamachał utytłaną mąką rączką i uchylił nieśmiało drzwi, przez które próbuję póki co z dużą werwą się przecisnąć. Raz z lepszym, raz z gorszym skutkiem, o czym niedługo się przekonacie. Zdarza mi się jeszcze zorientować po sprzątnięciu domowego pseudostudyjka, że zbyt dużo zdjęć jest w pionie, albo zapomniałam o zmianie głębi ostrości, ale hej!, nie od razu Rzym zbudowano! Grunt że coś tam czasem wyjdzie, nauczę się nowego przepisu, a rodzina niech tylko spróbuje narzekać na podwieczorek… ;)

Nie przedłużając – serdecznie zapraszam, po ciasteczku wręczam i mam nadzieję, że będzie smakowało. A póki co zapowiedź – na przekór – czegoś zupełnie niesłodkiego.

Lesson #2.1

Lesson #2.2Lesson #2.5

Lesson #2.3

Lesson #2.4

Lesson #2.6