Domowa przyprawa do piernika

51.3

Witajcie! Co prawda nie planuję wysypu świątecznych przepisów (praca pali mi się w rękach, a słońce jak zwykle zamiast świecić w weekendy drażni się ze mną kiedy siedzę w biurze), ale chciałam podrzucić Wam taki mały wstępniaczek przydatny do przepisu, który niebawem się pojawi i z którego jestem bardzo dumna, będzie to bowiem piernik bez ani grama cukru, ani mąki! Pochłonęliśmy wczoraj cały, moją skromną osobę wspomogli rodzice. Było pyyyszne.

Sklepowe przyprawy w torebkach często zawierają w składzie elementy, których byśmy się w nich nie spodziewali, co więcej – które nie są w mieszance potrzebne. Oczywiście są firmy, które nie dodają do przyprawy piernikowej mąki i cukru, ale to niestety rzadkość. Czytajcie zatem etykiety, lub śmiało przygotowujcie swoje zestawy, które przydadzą Wam się do ciast, napojów, naleśników… czego tylko chcecie. U mnie słoiczki z taką zawartością bardzo szybko się opróżniają – zawsze chętniej sięga się po to, co wyszło spod naszych własnych rąk :)

51.1

Przyprawa do piernika:

✔ 50g cynamonu
✔ 10g gałki muszkatołowej
✔ 15g całych goździków
✔ 5g ziarenek kardamonu
✔ 4g pieprzu czarnego
✔ 5g suszonej kolendry
✔ 15g imbiru
✔ 4-5 całych gwiazdek anyżu

Wszystkie przyprawy umieszczamy w moździerzu, młynku do kawy lub w małym malakserze. Rozdrabniamy na proszek i przesypujemy do szczelnego pojemniczka.

51.2

Smacznego!

P.S.
Przepis wraz z towarzyszącym mu artykułem Ady z Pora coś zjeść znajdziecie również w wydanym dziś nowym, zimowym numerze Magazynu Małopolski Apetyt!


Jarmużowa sałatka z dynią, ciecierzycą i granatem

50.1

Tu Was mam! Słodkiego dzisiaj nie będzie! ;) A tak serio, pamiętacie Hello zdrowie? Dostałam zadanie specjalne: coś z jarmużu. Specjalne, bo jarmuż częstym gościem w mojej kuchni nie jest. Raz, że ciężki do kupienia dla osoby, która dni robocze spędza w biurze i nie ma szansy dotrzeć na jakikolwiek targ, a w weekendy albo nadrabia od rana zlecenia, albo po prostu śpi jak zabita (i w tym miejscu podziękowania dla Darii z JEdynie, która pomogła mi wybrać idealną do sałatki dynię z tej garstki która została, jak już raczyłam wygmerać się spod kołdry i ruszyć w miasto), dwa że nie zawsze mam dzień, w którym lubimy się z jarmużową goryczką. Nieskromnie powiem, że akurat sałatka wyszła wyśmienicie i w ciągu niespełna dwóch tygodni robiłam ją aż trzy razy. Ba! Nawet psiaki były chętne! Czasem kiedy koczują pod stołem na odczepnego dostają kawałek zieleniny. Plus ten, że tracą na chwilę zainteresowanie tym co jemy, minus taki, że trzeba sprzątać z podłogi wymymłaną sałatę (fu!). Coś za coś. Ale kiedy mama zawołała mnie na pokaz pochłaniania jarmużu, po prostu zdębiałam. Rodzicom chyba zostało niewiele zielonego ;)

A jak smakowało? Możecie sprawdzić po odwiedzinach TUTAJ!

Smacznego! :)


Sernikowa tarta dyniowa pod bezową pianką

49.12

Witam wszystkich stęskniona okrutnie! Nareszcie znalazła się chwila na wrzucenie notki, wielkie uf-uf. Po wiadomej robótce (wiem że jestem monotematyczna, ale premiera książki już lada dzień!) miałam do nadrobienia trochę rzeczy, a i nie ukrywam że pogodowe przejście w tryb zmarzlucha przeżywam zazwyczaj dość boleśnie i jeśli nie muszę, nie wychodzę spod koca. A wierzcie mi, w ten ziąb po wieczornym powrocie z treningu kocyk stoi najwyżej w hierarchii, szczególnie że kiedy tylko mogę poruszam się wszędzie rowerem. Chwała mojej niezmordowanej kuzynce za cudowną kurtkę biegową, dzięki której nie muszę opatulać się w pięć polarów i dwa swetry :) Poza tym kilka wieczorów uciekło mi z serialem The Knick, a już obawiałam się, że po Breaking Bad nigdy nie wyjdę z serialowej żałoby. Inna sprawa, że jak już się kompletnie wkręciłam, skończył się sezon. Ot, klasyka żywota mojego.

Mam na dysku trochę zaległych zdjęć i głowiłam się, co dziś wrzucić – zawieruszył się nawet tort piña colada (tak, można z niesmakiem zerknąć za okno, chociaż muszę uczciwie przyznać, że po tygodniu mgły ostatni weekend zaskoczył słońcem), jak łatwo się domyślić przygotowany w samym środku lata… też będzie (w końcu Dexter pozował razem z ciastem, to nie może przepaść choćbym miała te kokosy i ananasy wrzucić w samo Boże Narodzenie!), ale jednak postanowiłam przywitać się z Wami czymś adekwatnym do trwającego sezonu. Będzie tarta :) A przyprawa, której użyłam do masy sernikowej, przyda Wam się mam nadzieję do kawy, kakao czy innych deserów, szczególnie tych dyniowych. Kusi mnie żeby zrobić sernik w tych samych smakach, ale oczywiście ze znacznie większym „środkiem”! Ostatnio jednak stronię od słodyczy i padło na takich skromnych rozmiarów wypiek. Przysięgam, zjadłam jeden kawałek! Bolało, ale rozdałam. Prawda, że jestem dzielna? ;) Mam nadzieję, że moje stare jeansy dojdą do tego samego wniosku i niedługo się dopną ;)

49.9

49.11

Przyprawa „pumpkin spice”:

✔ 2 łyżki cynamonu
✔ 2 łyżeczki imbiru
✔ 1 łyżeczka gałki muszkatołowej
✔ 12 ziarenek ziela angielskiego
✔ 1 łyżeczka goździków

Wszystkie przyprawy umieszczamy w moździerzu, młynku do kawy lub w małym malakserze. Rozdrabniamy na proszek i przesypujemy do szczelnego pojemniczka.

49.1

49.3

Ciasteczkowy spód:

✔ 230g herbatników zbożowych
✔ 90g orzechów włoskich
✔ 120g roztopionego masła
✔ szczypta cynamonu

Formę do tarty – najlepiej z wyjmowanym dnem – o wymiarach 36×13 centymetrów lub okrągłą o średnicy około 25 centymetrów smarujemy masłem.

Wszystkie składniki spodu mielimy w malakserze na mokry piasek. Wylepiamy nim mocno dno i boki formy, odstawiamy do lodówki na czas przygotowania masy.

Masa sernikowa:

✔ 200g serka kremowego Philadelphia w temperaturze pokojowej
✔ 115g drobnego cukru
✔ 2 łyżki śmietanki kremówki 36% w temperaturze pokojowej
✔ jajko w temperaturze pokojowej
✔ 150g purée z dyni* w temperaturze pokojowej
✔ łyżeczka przyprawy „pumpkin spice”

Rozgrzewamy piekarnik do 190°C. Serek kremowy miksujemy z cukrem i śmietanką. Dodajemy jajko, przyprawę i purée. Mieszamy do połączenia składników, wylewamy masę na ciasteczkowy spód, wyrównujemy i zapiekamy przez 20-25 minut. Zostawiamy do ostygnięcia w uchylonym piekarniku.

* Aby przygotować purée, należy usunąć ze środka dyni pestki i włókna tak, aby pozostał sam miąższ. Dynię można podzielić na mniejsze kawałki, ułożyć na folii aluminiowej skórą do góry i piec do miękkości w 200°C przez 40-60 minut (w zależności od wielkości kawałków). Upieczony miąższ bardzo łatwo oddzielić od skórki łyżką, trzeba go jeszcze odsączyć z wody (np. wyciskając przez chustę serowarską) i zmiksować na gładko blenderem. Gotowe purée można przechowywać w lodówce do tygodnia lub zamrozić.

49.249.4

Beza szwajcarska:

✔ 3 duże białka
✔ 150g drobnego cukru
✔ łyżeczka ekstraktu z wanilii

W kąpieli wodnej (czyli w żaroodpornej misce ustawionej nad garnkiem z gotującą się wodą tak, by jej spód nie dotykał powierzchni wrzątku) przez kilka minut mieszamy białka z cukrem i ekstraktem pilnując, aby cukier nie osadzał się na brzegach miski i całkowicie się rozpuścił. Kiedy to nastąpi, zdejmujemy mieszankę znad wody i ubijamy białka przez kilkanaście minut aż zupełnie ostygną, a spód miski będzie chłodny. Masę przekładamy do rękawa cukierniczego zakończonego tylką o średnicy 1 centymetra. Wyciskamy bezowe kropelki na powierzchnię sernika, przypalamy z wierzchu palnikiem do crème brûlée lub wstawiamy na chwilę do piekarnika z funkcją grilla. Gotowe! :)

49.5

49.649.7

Smacznego!

49.10

49.8


Nowe „Pyszne” z moimi zdjęciami!

Witajcie! :) Dawno mnie nie było, ale nie bez przyczyny. Przez ostatnie tygodnie pracowałam nad… zdjęciami do najnowszej książki Ani Starmach „Pyszne: na każdą okazję”!

Chyba nie muszę tłumaczyć, jak ogromnie się cieszę, że Wydawnictwo Znak odezwało się właśnie do mnie? Oczywiście jak to ja, na początku wpadłam w panikę. Jak? Kiedy? A jak coś nie wyjdzie, a jak się zablokuję i zacznę układać przaśne kadry, a jak zabraknie propsów (żeby było śmieszniej Ania dziwiła się skąd tyle tego mam, podczas gdy mi chodziło po głowie „Jezu, brakuje mi serwetek, czemu nie kupiłam dwóch talerzy, czemu mam tak mało szklanek?!”) i na co drugim zdjęciu będzie to samo? Do tego praca na etacie i paskudna, okropna pogoda – naprawdę, sierpień w Krakowie się nie popisał. Jak wiecie fotografuję wyłącznie przy świetle dziennym i nie przyjaźnię się już od dawna z lampami błyskowymi, dlatego pogoda chwilami doprowadzała mnie do rozpaczy. Trochę stresu, trochę zarwanych przy retuszu nocy, ale jest! To znaczy będzie, bo premiera książki planowana jest na 5. listopada.

Wydawnictwo ukaże się w dwóch oprawach do wyboru: miękkiej i twardej. Ta druga prawdopodobnie pojawi się tylko w Empiku (już ruszyła przedsprzedaż w promocyjnej cenie!). Jak tylko się dowiedziałam, że w przeciwieństwie do dwóch poprzednich książek Ani ta będzie w grubszej oprawie, aż podskoczyłam! Kto nie lubi stawiać na półce takich solidnych wydań? Ja uwielbiam i marzyło mi się, żeby kiedyś mieć wkład w takie cudo z prawdziwego zdarzenia, które będzie wołało do Was z wystaw największych księgarni. Aż mi się łezka kręci z radości, że przebrnęłam przez te pracowite tygodnie i pozostało mi już tylko czekać na pachnący drukarnią, własny egzemplarz. Jestem naprawdę dumna i przeszczęśliwa, szczególnie że mimo szaleńczego tempa i chwil przemęczenia pracowało mi się naprawdę świetnie – Aga i Ewa ze Znaku, dziękuję!

Co do samej książki – znajdziecie w niej przepisy na różne okazje: od świąt, przez spotkania z przyjaciółmi (w domu czy w plenerze), randki we dwoje, aż po pomysły na przekąski dla dzieciaków. Mam nadzieję, że zdjęcia zachęcą Was do wypróbowania każdego przepisu :) Każde ugotowane pod wpływem zdjęcia danie będzie moim prywatnym sukcesem :)

A zatem pamiętajcie – 5. listopada! Nie omieszkam się przypomnieć, a do tego czasu też troszeczkę odpocząć – już za tydzień zasłużony urlop na Sycylii. I to pełne napięcia oczekiwanie na papierową przesyłkę… :)

Trzymajcie się ciepło!

 


Makaroniki matcha z nadzieniem czereśniowym

48.7

Czołem! :) Jakimś cudem udało mi się tylko troszeczkę przetrzymać tę notkę, wyjątkowo jeszcze zmieściłam się w sezonie. A na co? Na czereśnie, piękne, słodkie czereśnie. Przyznam szczerze, że przez jakiś czas wybierałam zamiast nich wiśnie, choć szczególnie za nimi nie przepadam – w czekoladzie, z likierem, Czarne Lasy i te sprawy, nie kręci mnie to. Czereśnie natomiast nie dość że sprawiają niesamowitą radochę moim kubkom smakowym, kojarzą mi się z dzieciństwem, słońcem, wakacjami (dlaczego dorośli nie mają wakacji? takich na siłę, odgórnych, ot przychodzi lipiec i niech nikt się nie waży stawiać w pracy przez dwa miesiące!) i wychylaniem się z balkonu z okrutnie ciężkim czerpakiem i zbieraniem całego worka pysznych owoców. A dlaczego ich unikałam? Cóż… klasyka gatunku. Otóż kiedyś usadowiłam się wygodnie z książką i miską (o ile pamiętam gabaryty, „miska” to określenie dyplomatyczne) czereśni na podorędziu. Wcinałam jedną kulkę za drugą, aż w połowie posiedzenia zachciało mi się przepołowić owoc, czego nigdy wcześniej nie robiłam. Pomachał mi tłuściutki robaczek. Okazało się, że z naszej przydomowej czereśni robaczków wychodziły całe tabuny, niestety był to jeden z przyczynków do wycięcia drzewa, które z racji wieku i stanu siało postrach podczas każdej burzy.

Kiedy myślę o tym dzikim lokatorze z czereśni chce mi się śmiać, bo przypomina mi się jak na zielonej szkole na Słowacji odkryłam w kompocie kuzyna mojego owocowego wroga numer jeden i wywołałam istną panikę na stołówce. I to pierwszego dnia! Bite dwa tygodnie jedzenia z robaczkowej kuchni, brr. Ale może wróćmy na smakowite tory :)

48.1

Od bardzo dawna zasadzałam się na makaroniki. Moje pierwsze w życiu, dyniowe, wyszły po prostu rewelacyjnie i nie mogłam wyjść ze zdziwienia, ile jest w internecie lamentów na temat nieudanych skorupek, braku stopek, notek z masą wyliczeń i analiz, do których zużyto całe blachy migdałowej masy w kombinacjach różniących się o dziesiąte części grama. Tak się rozochociłam sukcesem i najwyraźniej wrodzonym talentem, że zainwestowałam w zestaw do makaroników. I tu porażka na całej linii – nie chciały się wysuszyć na silikonowej macie i miały tyle kształtów, ile ja przekleństw na końcu języka widząc jedną zepsutą partię po drugiej. Po długim przysłowiowym fochu zachciało mi się kolorowych ciasteczek. Moi Drodzy. Papier do pieczenia to Wasz najlepszy przyjaciel. Wyszły znowu idealne! Także wszelkie wynalazki w kąt, stara szkoła jak zwykle najlepsza. Wstyd się przyznać, ale tak kusiły, że jeszcze przed zdjęciami wsunęliśmy chyba połowę. Ten herbaciany posmak okazał się uzależniający. Szkoda tylko, że matcha tak chętnie pyli na wszystkie strony – serce mi się krajało jak przy każdym ruchu łyżeczki wyskakiwały z pudełka całe obłoki proszku. Strasznie nie lubię, gdy coś się marnuje ;)

Składniki na 24 szt.:

✔ 100g wysuszonych białek
✔ 50g drobnego cukru
✔ 100g mąki migdałowej
✔ 190g cukru pudru
✔ 15g herbaty matcha

Dzień przed planowanym pieczeniem makaroników wbijamy do miseczki trzy duże lub cztery mniejsze białka – na razie nie odmierzamy wagi, białka zmniejszą swoją objętość w kolejnym etapie. Niczym nie zakryte odstawiamy na dobę na blat – powinny się suszyć w temperaturze pokojowej. Tak przygotowane ubijamy, gdy będą prawie sztywne dosypujemy porcjami cukier, cały czas miksując. Piana nie powinna być bardzo sztywna, widełki miksera mają zostawiać w niej faliste ślady, ale nie powinniśmy dojść do etapu, w którym białka da się niemal kroić.

Jeśli nie dysponujecie mąką migdałową, łatwo przygotujecie ją sami. W malakserze mielimy płatki migdałowe wraz z cukrem pudrem i herbatą – bez dodatku pozostałych sypkich składników moglibyśmy zamiast mąki otrzymać masło. Mieszankę koniecznie przesiewamy by makaroniki wyszły idealnie gładkie, dodajemy do białek i delikatnie mieszamy łopatką do czasu uzyskania jednolitej masy. Uważajcie by nie mieszać zbyt długo, bo makaroniki po nałożeniu na papier za bardzo się rozleją.

48.2

Ciasto na makaroniki przekładamy do rękawa zakończonego tylką o średnicy 1 centymetra. Wyciskamy na papier do pieczenia krążki o średnicy 3 centymetrów. Masa będzie się nieco ciągnęła co może poskutkować powstaniem na makaroniku wierzchołka, jednak wyrówna się on w trakcie godzinnego leżakowania ciasteczek w temperaturze pokojowej. W tym czasie rozleją się nieco na boki, a ich powierzchnia stężeje.

Skorupki pieczemy w temperaturze 150°C przez około 10 minut, po tym czasie skręcamy piekarnik do 120°C i dopiekamy ciasteczka przez około 5 minut. Gotowe odstawiamy do przestygnięcia, dopiero później odrywamy je od papieru.

48.348.4

Nadzienie:

✔ 150g wydrylowanych czereśni
✔ 25g cukru
✔ 250g serka mascarpone

Czereśnie dokładnie miksujemy. Przelewamy do rondelka o grubym dnie, dodajemy cukier. Podgrzewamy mieszając aż uzyskają konsystencję dżemu. Ostudzone mieszamy łopatką z serkiem mascarpone. Nadzienie przekładamy do rękawa cukierniczego zakończonego tylką w kształcie otwartej gwiazdy, na połowę makaroników wyciskamy masę. Przykrywamy pozostałymi skorupkami.

48.5

48.6

Smacznego!

48.8