Pierniczkowe tiramisu z orzechami w karmelu

30.5

Witajcie :) Jak tam nastroje przed Świętami? Już chyba żaden zakątek kraju nie uchował się przed śniegiem, ale to dobrze – ile można trwać w takim pogodowym czyśćcu, który niczego konkretnego nie przypomina? W Krakowie sypnęło w sam raz na Mikołaja i dobrze się składa, bo jako że ostatnio nie bywam zbyt często w galeriach handlowych i nie oglądam reklam, inwazja świątecznych dekoracji i piosenek kompletnie mnie omija i bez śniegu ciężko mi się wpasować w klimat. Na blogach już trwa pierniczkowe szaleństwo, rozłożył się też u nas Jarmark Bożonarodzeniowy, który od lat kojarzy mi się najbardziej z orzeszkami w karmelu. Zawsze miło było wybrać się na spacer do Rynku i kupić rożek ciepłych orzechów. Przejdę się, gdy śnieg sięgnie nad kostki, a co! Klimat musi być :) Na razie jeden z ulubionych smaków spróbowałam odtworzyć w domu. A żeby orzeszkom nie było smutno, dostały towarzystwo w postaci pysznego tyraj misiu. Całe szczęście tyrania tutaj nie doświadczycie, za to mam nadzieję, że będzie Wam smakowało :)

To jak na razie ostatnia w tym roku sesja jaką wykonałam na świeżym powietrzu… Padało, wiało, błyskawicznie się ściemniło, kawa zalała stolik – jednym słowem tragedia. Niebiosom dziękuję za Lightrooma i ekstremalne rozjaśnianie zdjęć :) Mimo koszmarnych warunków trochę mi smutno, że nadeszły miesiące fotografowania w domu, trzymam mocno kciuki, żeby obeszło się w tym roku bez ciągłych niedostatków światła.

Aha! Jeśli o kciukach mowa. Od niemal dwóch lat w różnych konkursach walczę o Kitchen Aida. Pojawiła się kolejna szansa, niestety pierwszy etap konkursu opiera się na zasadzie najgorszej z możliwych, czyli zbieraniu głosów. Pomożecie? Można głosować co 24 godziny, bez rejestracji i zapisywania się do newsletterów, wystarczy kliknąć na łapkę, o tu. Byłabym Wam dozgonnie wdzięczna za poświęcony czas! :) A w nagrodę zapraszam  Was na dwie porcje deseru, który – nieskromnie mówiąc – jest jedną z najsmaczniejszych rzeczy, jakie jadłam w życiu. Ja niby jestem na diecie, ale wcięłam chyba większość orzechów na sucho… tylko nikomu ani słowa!

30.4

Krokant orzechowy:

✔ 20g masła
✔ 110g drobnego cukru
✔ 100g posiekanych orzechów laskowych

Jeśli nie macie orzechów oczyszczonych z łupinek, rozgrzejcie piekarnik do 170°C. Orzeszki rozsypujemy równomiernie na blasze wyłożonej papierem do pieczenia, podpiekamy przez około 5 minut. Zawijamy w ściereczkę i odstawiamy do ostygnięcia. Energicznie pocieramy przez szmatkę co jakiś czas wybierając orzechy, które udało się już oczyścić. Drobno siekamy zostawiając 6 sztuk w całości – będą potrzebne do dekoracji.

Na rozgrzanej patelni roztapiamy masło, równomiernie zasypujemy cukrem. Pilnujemy, by karmel się nie przypalił – w razie czego wystarczy zmniejszyć płomień, zdjąć na kilka sekund patelnię z ognia i zamieszać drewnianą lub silikonową łopatką. Pod żadnym pozorem nie wolno próbować roztopionego cukru – jest bardzo gorący. Zanurzamy w karmelu oczyszczone orzeszki przeznaczone do dekoracji, wyławiamy widelcem i układamy na natłuszczonym pergaminie. Wysypujemy na patelnię posiekane orzechy, mieszamy aż pokryją się karmelem i zlepią. Z pomocą łopatki przekładamy je na natłuszczony masłem papier do pieczenia. Drobno kroimy dopiero, gdy całkowicie wystygną.

30.1

Krem:

✔ 4 żółtka w temperaturze pokojowej
✔ 45g cukru pudru
✔ 250g zimnego serka mascarpone

Żółtka ubijamy z cukrem na kogel-mogel. Miksujemy na wysokich obrotach przynajmniej 5 minut, aż wyraźnie zjaśnieją i staną się bardzo gęste. Jeśli nadal są lejące, nie przerywamy mieszania do czasu osiągnięcia pożądanego efektu. Zimne mascarpone ubijamy na średniej mocy miksera, dodajemy żółtka i miksujemy tylko do połączenia składników.

Pierniczki w kawie:

✔ 150g ciasteczek korzennych
✔ 1/2 filiżanki wystudzonej, mocnej kawy

Na dnie naczynia, w którym będziemy podawać deser, układamy ¼ niezbyt drobno połamanych ciasteczek. Skrapiamy równomiernie 4-6 łyżeczkami kawy. Zasypujemy krokantem, zasłaniamy ¼ masy. Czynność powtarzamy, przed udekorowaniem i podaniem wstawiamy do lodówki na przynajmniej 3 godziny.

30.230.3

Dekoracja:

✔ kakao do posypania
✔ 6 całych orzechów w karmelu
✔ 2 ciasteczka korzenne

Deser ozdabiamy przesianym kakao, pierniczkiem i trzema orzeszkami w karmelu.

Smacznego!


Tarta dyniowa pod bezą

29.7

Powitawszy! Wreszcie zabrałam się do dyniowej notki, jak zwykle w myśl hasła „lepiej późno, niż wcale”. Ale nie o tym, najpierw kilka słów wstępu.

Części z Was, a już w szczególności Krakusom, powinno co nieco zaświtać na dźwięk słów Najedzeni Fest. Dla formalności: to – a jakże – festiwal kulinarny, podczas którego nie tylko można spróbować przeróżnych kuchni, mieszając w krótkim czasie porcję hummusu z tartaletkami crème brûlée (tak, tak, to z autopsji, o dziwo w takich miłych okolicznościach żołądek bywa nad wyraz wyrozumiały), ale i wyposażyć się w przetwory, wyroby regionalne, warzywa, czy akcesoria na których widok człowiek staje jak wryty nie wiedząc, czy ma najpierw oglądać gadżety, czy od razu biec załatwiać kredyt. Bardzo się ucieszyłam na wieść o drugiej edycji, oczywiście jak to w praktyce bywa kompletnie nie mogłam się sądnego dnia wyzbierać w domu. Od ponad tygodnia Viri powtarzała mi, że będą dynie i koniecznie trzeba coś kupić, szczególnie że odmian ma być milion. Zanotowałam w pamięci. Na miejscu umówiłam się z Magdą, więc z początku cała uwaga skupiła się na poszukiwaniach, w których to ja – chodzący GPS, okazałam się najsłabszym ogniwem. Dość wspomnieć, że stojąc pod wielkim napisem Recepcja usilnie próbowałam od Magdy wyciągnąć, gdzie niby coś takiego się znajduje. W międzyczasie dwie grupki znajomych niezależnie od siebie zarekomendowały tajski makaron, dyńki więc powędrowały gdzieś w tył głowy. Poleciałam po ostatnią porcję sławnego makaronu, niestety ostatecznie podwędziła mi ją jakaś pani. Smuteczek. W zamian mimo dawnych, traumatycznych doświadczeń z zupą dyniową, zamówiłam przepyszny pikantny krem i odwiedziłam stanowisko dziewczyn z White Loft, które znowu wyciągnęły dyniowy temat na tapetę pokazując maluśkie, przesłodkie Baby Boo, które tu i ówdzie ozdabiały ich stolik. Wszystkie znaki na niebie i ziemi mówiły, ba!, krzyczały gdzie mam się udać. I co? I zapomniałam. Zapomniałam o JEdyniach.

JEdynie

Może to i lepiej, bo tydzień później wybrałam się do Wawrzeńczyc nadrobić tę wpadkę i zobaczyć, co straciłam. Z Najedzonych na pewno nie przytargałabym 25 kilogramów przeróżnych dyń – od maleńkich, ozdobnych Baby Boo, przez popularne Hokkaido, po wielkie i słodkie Tahitian Melon. A to i tak nie wszystkie odmiany jakie kupiłam. Świetne miejsce, jeśli za jednym zamachem chcecie zrobić zapasy na zimę by móc piec ciasta, gotować zupy, przygotowywać ravioli, czy zwykłe-niezwykłe frytki. Przyznaję się bez bicia, że moje pojęcie o tym warzywie było zerowe i dość stereotypowe. Teraz jest ciut, ciut większe – nie sposób było przyswoić całego ogromu wiedzy, jakim zalała mnie przesympatyczna reprezentantka farmy (mam fatalną pamięć do imion, przepraszam!). Wiem przynajmniej, którą dynię mam do czego, to najważniejsze ;) Wiem też, żeby nie do końca sugerować się wyglądem i średnio apetycznymi nazwami (brodawkowa? ałć!). Jakby życie nie było wystarczająco skomplikowane… ;)

JEdynieJEdynie

JEdynieJEdynie

JEdynieJEdynie

Powyżej kilka migawek z farmy JEdynie, teraz czas na świetną tartę o niezbyt słodkim, ale wyraźnie dyniowym nadzieniu, schowanym pod solidną warstwą bezy. Dla efektu przygotowałam swoją w wysokiej, ceramicznej formie. Jeśli niestraszne Wam ewolucje z dwiema łopatkami do ciasta – polecam, jeśli natomiast boicie się katastrofy przy gościach, lepiej wybierzcie wariant z ruchomym dnem. Niestety o ile dobrze kojarzę dwuczęściowe formy są raczej płytkie, więc nie zmieści się w nich całe nadzienie. Zależało mi żeby ciasto było konkretne i masa stanowiła jego najważniejszą część, całe szczęście za każdym razem gdy ją przygotowywałam udawało się wydostać po nieuszkodzonym kawałku dla każdego chętnego.

29.4

Ciasto na spód:

✔ 250g mąki pszennej
✔ 100g cukru pudru
✔ 100g zimnego masła pokrojonego w kosteczki
✔ 2 jajka
✔ szczypta soli

W stożku uformowanym z przesianej mąki robimy zagłębienie na pokrojone w drobną kostkę masło, cukier puder i sól. Delikatnie rozcieramy składniki starając się nie rozgrzać masła dłońmi. Można wspomóc się malakserem, można też całość siekać nożem – masa dłużej pozostanie chłodna. Po chwili wbijamy jajka i szybko wyrabiamy ciasto. Gotowe formujemy w kulę, lekko spłaszczamy i zawijamy w folię spożywczą. Powinno spędzić w lodówce przynajmniej godzinę.

Chłodne ciasto wałkujemy na grubość około 3 milimetrów, podsypując lekko mąką. Nasmarowaną masłem, głęboką formę o średnicy około 26 centymetrów wykładamy warstwą ciasta (najlepiej nawinąć je na oprószony mąką wałek i ostrożnie rozwijać tuż nad formą), dociskamy, docinamy brzegi rolując wałkiem po krawędzi formy, kilkakrotnie nakłuwamy lekko dno widelcem. Zakrywamy całość pergaminem, zasypujemy ceramicznymi kulkami do pieczenia lub fasolą. Spód tarty powinien się piec w 180°C przez około 25 minut – pierwsze 20 minut pod obciążeniem, ostatnie 5 bez. Gotowy odstawiamy do przestygnięcia.

29.129.2

Nadzienie:

✔ 450g purée z dyni
✔ 150g drobnego cukru
✔ 180ml śmietanki kremówki 36%
✔ 3 jajka
✔ 1 łyżka mąki ziemniaczanej
✔ solidna szczypta cynamonu

Aby przygotować dyniowe purée, należy usunąć ze środka warzywa pestki i włókna tak, aby pozostał sam miąższ. Dynię można podzielić na mniejsze kawałki, ułożyć na folii aluminiowej i piec do miękkości w 200°C przez 40-60 minut (w zależności od wielkości kawałków). Upieczony miąższ bardzo łatwo oddzielić od skórki łyżką, trzeba odsączyć go z wody i zmiksować na gładko blenderem. Gotowe purée można przechowywać w lodówce przez tydzień.

Wszystkie składniki nadzienia miksujemy na jednolitą masę. Wylewamy ją na spód tarty, wystające ponad poziom fragmenty ciasta osłaniamy przed nadmiernym zrumienieniem cienkimi paskami folii aluminiowej tak, by folia nie zanurzyła się w masie. Nadzienie będzie bardzo rzadkie, ale wystarczająco zgęstnieje pieczone przez 50-60 minut w 180°C. Gotowe odstawiamy do ostygnięcia.

29.3

Beza:

✔ 4 białka
✔ 200g drobnego cukru
✔ 2 łyżeczki mąki ziemniaczanej
✔ 1 łyżeczka białego octu winnego

Białka ubijamy na sztywną pianę, nie przerywając miksowania wsypujemy do nich po łyżce cukru. Gdy masa będzie bardzo gęsta i błyszcząca, dodajemy mąkę i ocet. Chwilę miksujemy. Wykładamy na tartę łyżką lub łopatką, tworząc nieregularne fale, zapiekamy przez 20 minut w temperaturze 180°C. Przed podaniem tartę studzimy w chłodnym miejscu.

29.629.5

Smacznego!


Tarta czekoladowa z malinami

28.2

Czołem! Dziś notka na szybkości. Skoro już Was pomęczyłam malinami poza sezonem pomyślałam, że jak pójdę za ciosem i szybciej skończymy te tortury, krócej będziecie chować urazę ;) A tak zupełnie na poważnie – czy ktoś też przeżywał tego lata tak potężny owocowy ciąg, że nieważne z jakim zapasem malin, borówek i innych dobrodziejstw wracał do domu, wszystko od razu trafiało do buzi, do ciasta, lodów, koktajli… tylko nie do zamrażalnika? Nie mam nic. Absolutnie. Poza kurczakiem. Do tego złapałam potworny wstręt do drobiu i ten smutny kurak tak się chłodzi i chłodzi bez żadnego weselszego towarzystwa. Mam nadzieję, że chociaż Wam uda się z czeluści oszronionych szuflad wydostać woreczek malin.

28.3

Dziś będzie bez lawiny zdjęć – tartę Michela Roux robiłam na wariata na potrzeby opublikowanego milijony lat świetlnych temu konkursu z bloga What’s Cooking?. Była pyszna, aczkolwiek następnym razem chyba pokuszę się na dodatek mlecznej czekolady – należę do tych nieszczęśliwców, którzy najchętniej pławiliby się w hipersłodkiej, białej czekoladzie, po każdej kostce łkając nad kondycją swoich bioder. Deserowa bywa dla mnie za cierpka, ciut metaliczna. Obawiam się tylko, że kolor czekolady mlecznej pozbawiłby tartę walorów wizualnych… Nic to, lecimy!

28.1

Ciasto na spód:

✔ 150g mąki pszennej
✔ 50g zimnego masła pokrojonego w kosteczki
✔ 50g cukru pudru
✔ 1 jajko
✔ szczypta soli

Mąkę przesiewamy z cukrem i solą. Dodajemy masło, delikatnie rozcieramy składniki palcami starając się ich za bardzo nie rozgrzać. Możecie też siekać całość nożem, zyskacie dzięki temu więcej czasu na połączenie składników. Dodajemy jajko i szybko zagniatamy ciasto. Formujemy je w kulę, zawijamy w folię spożywczą i spłaszczamy. Powinno spędzić w lodówce przynajmniej kwadrans.

Foremkę o średnicy około 18 centymetrów smarujemy masłem i lekko oprószamy mąką. Ciasto wałkujemy na grubość około 3 milimetrów, podsypujemy mąką by się nie kleiło. Nawijamy je na wałek, ostrożnie przekładamy do foremki. Dociskamy brzegi i obcinamy nadmiar ciasta rolując wałkiem po krawędziach blaszki. Spód nakłuwamy widelcem, wstawiamy do lodówki jeszcze na pół godziny.

Piekarnik rozgrzewamy do 190°C, osłaniamy ciasto pergaminem i zasypujemy ceramicznymi kulkami lub fasolą. Pieczemy przez 15-20 minut, po upływie tego czasu zmniejszamy temperaturę do 180°C, usuwamy obciążenie i papier, dopiekamy przez 5-10 minut. Zarumienione ciasto odstawiamy do ostygnięcia.

Nadzienie:

✔ 250g malin
✔ 200ml śmietanki kremówki 36%
✔ 200g czekolady deserowej
✔ 25g cukru pudru
✔ 50g masła w kawałeczkach

Maliny kroimy na pół, układamy gęsto na spodzie tarty wnętrzami ku górze.

Czekoladę drobno siekamy. Śmietankę podgrzewamy, po zdjęciu z ognia rozpuszczamy w niej czekoladę i cukier puder. Miksujemy dodając po kawałeczku masła, aż masa stanie się jednolita. Gotowy krem wylewamy równą warstwą na owoce, zostawiamy do ostudzenia. Kiedy osiągnie temperaturę pokojową, wstawiamy tartę do lodówki na kilka godzin lub na noc. Dekorujemy malinami i odrobiną przesianego cukru pudru.

28.4

Smacznego!


Pierożki pistacjowe z dżemem malinowo-różanym

26.7

Stało się. Musiałam, nie zdzierżyłam, długo szukałam i znalazłam. Potworna, nieforemna kurtka (której miejsca spoczynku jak zwykle nie pamiętałam) wypełzła z dna szafy spychając z wieszaka zgrabny, cienki płaszczyk. Chlip. Cały czas pocieszam się, że mieliśmy całkiem sympatyczną pogodowo jesień, a rok temu już na samym początku października Ta, Której Imienia Nie Wolno Jeszcze Wymawiać zaskoczyła drogowców. Tak czy inaczej nadeszła pora rękawiczek, czapek i póki co nieśmiałego niepokoju przed nadchodzącym deficytem naturalnego światła. A tak się w tym roku znielubiliśmy z lampami, chlip po raz drugi i po stokroć.

26.3

Mam nadzieję, że w obecnych warunkach nie będziecie mi mieli za złe odkurzenia letniego przepisu. W ramach ciekawostki – jeszcze miesiąc temu widziałam takie maliny na targu… jedno, jedyne pudełeczko, zaplątane wśród dyń i żurawiny. Po owocach zostały przetwory, przydadzą się do ciasteczek. Na zaś podaję przepis na dżemik którego użyłam. Nie dość że nie mam już malin, moja woda różana wyparowała w tajemniczych okolicznościach. Zostawiłam prawie pełną buteleczkę na oknie w kuchni i… jedno słowo: babcia.

Babcia mieszka w innym mieście i nie do końca orientuje się co gdzie u nas leży, co jest czyje i co warto byłoby zostawić w spokoju. Do dziś nie udało mi się wyciągnąć od niej informacji, czy wodę różaną wypiła (co jest chyba najbardziej przerażającą możliwością, biorąc pod uwagę bardzo silny aromat), zużyła do herbaty, czy po prostu butelka na widok nieznajomej osoby wywinęła fikołka. Już chyba wolałabym zastosowanie spożywcze (bardzo nie lubię gdy coś się marnuje), szczególnie że kubki smakowe babcia ma już nie te i może rzeczona esencja wielkiej krzywdy by jej nie zrobiła. À propos babcinych kubków smakowych – przypomniała mi się zabawna sytuacja, kiedy to seniorka jakieś 20 lat temu chciała pod nieobecność rodziców zorganizować mi i bratu podwieczorek. Pobuszowała w spiżarni, wyłożyła deser na talerzyki, urody był rzadkiej, ale nic to – wcinamy. Pierwszy gryz… Boże. „Babciu, a co to za ciasteczka?”. Ponowny szczupak w głąb spiżarni, szelest opakowania, rzut okiem na etykietę: kotlety sojowe. Chyba nigdy tego nie zapomnę ;) Ale wróćmy na ziemię. Będziemy robić to:

26.6

Kolejny z przepisów z czasu focha piekarnika, więc bardzo Was proszę – kontrolujcie czas. Ciasto ma przypominać to znane z makaroników w kształcie dużych, okrągłych ciastek, nie tych maleńkich cudeniek we wszystkich kolorach tęczy. Lekko twardawe, z kruchą skorupką i ciągnącą warstwą tuż pod nią. Wybór dżemu zależy już od Was, mi do pistacji przypasował malinowy.

Dżem malinowo-różany:

✔ 500g malin
✔ 160g drobnego cukru
✔ 2 łyżki wody różanej
✔ 2 łyżki soku z cytryny

Maliny zasypujemy cukrem, odstawiamy na 15 minut by puściły sok. Zaczynamy gotować owoce na średnim ogniu od czasu do czasu mieszając, by nic nie przywarło do rondelka. Dodajemy wodę różaną. Dżem będzie gotował się około 15 minut, aż do zgęstnienia – gdy przeciągniemy łopatką po dnie garnka, nie powinien od razu spływać na miejsce. Dodajemy sok z cytryny, mieszamy, jeszcze gorący dżem przelewamy do wyparzonych słoików (jeśli używacie weków, nie zalewajcie gumek wrzątkiem – powinny być wypłukane w zimnej wodzie) i odstawiamy do ostygnięcia oraz stężenia.

26.126.2

Ciasto (na około 20 pierożków):

✔ 100g zmielonych pistacji, bez soli
✔ 150g mąki pszennej
✔ 100g drobnego cukru
✔ 3 żółtka
✔ 1 białko

Przed zmieleniem pistacji trzeba je najpierw obrać ze skórek. W tym celu zalewamy orzechy na 5 minut wrzątkiem, wysypujemy równomiernie na ściereczkę i gdy odrobinę ostygną energicznie pocieramy wybierając co jakiś czas oczyszczone sztuki. Mielimy pulsacyjnie w młynku do kawy dodając trochę mąki, by wiórki nie miały szansy się zlepić.

Wszystkie składniki oprócz białka zagniatamy, dodajemy białko, wyrabiamy ciasto. Będzie ono bardzo lepkie, ale też szybko zacznie twardnieć. Dzielimy na dwie lub trzy kuliste porcje, zawijamy w folię spożywczą, spłaszczamy i chowamy do lodówki przynajmniej na godzinę. Przekładamy ciasto do zamrażalnika, stolnicę obficie obsypujemy mąką. Odrywamy od ciasta małą porcję, wałkujemy, wycinamy okrąg o średnicy około 8 centymetrów. Nakładamy łyżeczkę dżemu, sklejamy delikatnie brzegi pierożka, przekładamy na blachę wyłożoną papierem do pieczenia. Powtarzamy aż do wykorzystania całego ciasta z zamrażalnika. Pieczemy w 200°C przez około 20 minut (pamiętajcie o mojej awarii, może być i 5 minut krócej!). Po upieczeniu odstawiamy do ostygnięcia i stwardnienia.

26.426.5

Smacznego!


Z innej beczki… peeling z limonką i zieloną herbatą

27.4

Pomyślałam sobie, że zrobię Wam psikusa. Bo właściwie czemu nie? Dobry psikus nie jest zły, a zapewniam że ten peeling jest po prostu cudny. Zdjęcia odkopałam z prehistorii, bo aż z lutego, zdążyły się więc już trochę przykurzyć i poczuć kompletnie zapomniane. Robiłam je na zlecenie – stąd nietypowa tematyka, a że naprawdę bardzo nie lubię jak coś się marnuje, postanowiłam się nimi podzielić. Każdy składnik jest jadalny, więc blog nie doświadczy mam nadzieję profanacji absolutnej ;) Grunt że kosmetyk przepięknie pachnie, świetnie działa i nie ma w nim złowrogiej chemii. Moja skóra twarzy bywa kapryśna i kilka znanych firm wylądowało na cenzurowanym za wywołanie rumieńców wychodzących poza kategorię pt. „urocze” i sugerujących śmiertelną gorączkę, w przypadku tego peelingu nic złego się nie działo – wręcz przeciwnie!

Jeśli ten wpis nie jest dla Was – nie martwcie się, to jednorazowy lub jeden z dwóch (prehistoria nadal w trybie odkrywkowym) takich przypadków. Później na pewno m.in. spróbujemy ostatnich, zagubionych na dysku promyków lata i pomęczymy parę odmian dyni :)

27.2

Składniki:

✔ 250g cukru trzcinowego
✔ 2 łyżki soli morskiej
✔ 3 torebki zielonej herbaty
✔ 50ml oliwy z oliwek
✔ 3 łyżki miodu
✔ skórka otarta z jednej limonki

Mieszamy cukier, sól i herbatę. Wlewamy oliwę i miód, dokładnie mieszamy. Z wyszorowanej limonki ścieramy skórkę, dodajemy do mikstury. Przechowujemy w szczelnie zamkniętym pojemniku.

27.127.3